RECENZJE

Ted Leo And The Pharmacists
The Brutalist Bricks

2010, Matador 6.7

RG: Nie no, nie ogarniam. By przygotować się do tej recenzji odświeżyłem sobie albumy zespołu Chisel i totalnie nie kumam czemu po wpisaniu tej nazwy do polskich Googli wyskakują mi informacje o środkach przeciw chwastom, a nie ekstazy o Set You Free i impresje na temat 8 A.M. All Day. Czasy zapomnianych miały minąć pięćset lat temu, nie? Dysproporcja pomiędzy popularnością Farmaceutów, a Chisel jest dla mnie jednym z największych szwindli muzyki. Nie mogli tego hajpu wynaleźć wcześniej?

The Brutalist Bricks jest, tak jak poprzednie znane mi farmaceutyczne instalacje, pochodną po tym co się działo na albumach poprzedniego zespołu Teda Leo. Jasne, nie zmienia to faktu, że ciągle jest muzyka hiper ekstra bum bum, energia i siła pomimo ponad dziesięcioletniej działalności frontmana nigdzie nie uleciała, a żadne nowe hooki i refreny nie dają ciała. "Even Heroes Have To Die" ze swoją prostotą, "Woke Up Near Chelsea" z lekkim podszyciem buntu, "Gimme The Wire" z klasycznie zbudowanym refrenem ? wszystkie wymiatają. Album można na luzaku polecić każdemu kto chce sobie przypomnieć gitary, a Theodore Francis Leo w żadnym stopniu nie zniża się do poziomu kanapek z baru Teoś na dworcu Warszawa Zachodnia, ale Chisel.. Dlaczego tak mało osób słucha Chisel?

MJ: Kurde, Ted. Postać Teda. Postać Teda w dobie śmierci takich kategorii jak "postać", "bejstwo", "moja drużyna". Chciałoby się, żeby to była jakaś ósemkowa płyta, czy coś. Naturalnie nic z tych rzeczy – ot, kolejny Ted i Farmacyści, czyli przecinanie etosu indie (indie sprzed Arcade Fire, dzieciaki) punkowymi, power-popowymi sposobami na pisanie piosenek. O ile zazwyczaj takie wydawnictwa kwitujemy, w zależności od wyznawanej frakcji, albo krótkim "oj tam, idę słuchać Jaya-Z", albo jaramy się, o tyle tym razem, pomni doświadczeń ze wszystkim co Ted plus zespół wydali od Hearts Of Oak, budzimy się na lekkim niedopiciu gdzieś pośrodku. I tak zarówno bejski napierdalator "Where Was My Brain", jak i napastujący polisacharydowymi planami harmonicznymi "Bottled In Cork", choć niedoskonałe, spokojnie mogą służyć jako zeszyt ćwiczeń dla młodych akolitów siedzenia w garażu i wspólnego muzykowaniu z najbliższymi tamże. "Ativan Eyes" to wręcz szkoła życia. Słowem, piosenki o kładzeniu twoich eksperckich rąk, sercach, tym, że jesteśmy najebani i co się dzieje w ogóle, polityce stosowanej, prawdzie, oraz o tym, że rozmawianie generalnie rządzi jeśli inne potrzeby są zaspokojone.

JB: Seks seksem, ale zastanawiam się mocno czy idea repetycji nie sprawdziła się, aby najlepiej w tym orgazmicznym napięciu budowanym jednostajnym gitarowym riffem "On Warmer Music". Po którym, wiadomo,refren z cyklu "stadiony świata", z collegowo beztroskim, ale już bossowsko charyzmatycznym: "Cheers for the young idea / So glad that you are here." I to jest, mniej więcej, tyle, co mam do powiedzenia w kwestii Chisel. A Leo, no właśnie, też się cieszę, że znowu sobie wymiatasz.

Na chwilkę przed obchodami swoich czterdziestych urodzin (11 września, serio), Ted zbiera farmaceutów i nagrywa kolejny, równiusieńki (serio, nie zanotowałem wypełniaczy) materiał. Nieważne, jak długo ex-lider Chisel będzie przekonywał, że ogarnia na bieżąco, i że Daft Punk czy Phoenix to jego nowi ulubieńcy, koniec końców i tak da upust swojej sympatii do modsów, filtrując ją przez chlubne tradycje lokalnego podwórdka p.t. Washington D.C (np. takie "The Stick"). Głos Teda nie łamie się już na urokliwą gibbardowską modłę (wiem, wiem chronologia), ale jest raczej mocny i dobitny jak jego polityczne przekonania. Znajdą się też oczywiście wyjątki, jak zaskakująco chwytliwe, costellowskie "Bottled In Cork" (z mistrzowską linijką: "Tell the bartender / I think I’m falling love"), przeważnie jednak Leo podejmuje ścieżki wytyczane przez The Jam czy nawet Fugazi ("Woke Up Near Chelsea", "Mourning In America") – niby przetarte, ale jakie widoki! W czasach, gdy powszechnie uznawanemu indie "klasykowi" wystarcza pięć lat, by być śniętym jak rybitwa pod Grunwaldem, Ted wciąż dostarcza mi argumentów na niejaranie się hypnagogic-popem. I zajebistą okładkę.

JM: Dodam tylko, że ten album ma na MySpace nieco mniej odsłuchów niż nowy krążek Much – tym samym słuchając Teda Leo macie szansę na moment być jak za dawnych lat – w wyzwalającej kontrze wobec większości, w uzasadnionym spojeniu czołami z innymi wybranymi. I rzeczywiście – kto nie zna Chisel, ten jest po drugiej stronie.

Jan Błaszczak     Jędrzej Michalak     Mateusz Jędras     Ryszard Gawroński    
9 marca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie