RECENZJE

Taylor Swift
Red

2012, Big Machine 5.7

Nieobecność Taylor Swift w porcysowym archiwum już od jakiegoś czasu nie daje mi spokoju. Z jednej strony niby trudno w jej dotychczasowych nagraniach wskazać coś ewidentnie zjawiskowego, ale przy obecnej mizerii pop-sceny wymagania nie powinny być znowu jakoś przesadnie wywindowane. Jasne, było w wydaniu Amerykanki kilka fajnych singli, o których z chęcią bym wspomniał na przestrzeni tych ostatnich kilkunastu miesięcy, ale "albumowo" to zawsze kończyło się mniejszym lub większym rozczarowaniem i sporą porcją nudy.

Tak po prawdzie to odkąd pamiętam uważałem Swift za postać ze sporym potencjałem. Smykałka songwriterska swoją drogą, ale jeśli idzie o samą kreację, to wszystko było tu mniej więcej z mojej bajki. Sympatyczna girl-next-door, naturalna odtrutka na te wszystkie sztuczne lale – czego tu nie lubić? To, co w przypadku Taylor martwiło najbardziej, to te jej trudne do usprawiedliwienia country'owe ciągoty. Poważnie, żeby taką małą dziewczynkę ciągnęło do takiej geriatrii? Zawsze wierzyłem, że jeśli będzie chciała i ktoś poprowadzi ją w dobrym kierunku, to może z tego wyjść naprawdę porządny teen-pop, czego poszlaką było chociażby przeurocze, żarliwe "You Belong With Me", mój ulubiony utwór w całym jej dotychczasowym dorobku.

Jakby nie było, Red to zdecydowany progres w odniesieniu do wszystkiego długogrającego, co Swift do tej pory nagrała. Zaczyna się nadspodziewanie doniośle, bo "State Of Grace" to taki trochę stadionowy rock spod znaku U2, ale nie muszę mówić, że o wiele lepszy od wszystkiego, co proponują ostatnio światu Bono i spółka. Później wkrada się większa różnorodność, niż można było się spodziewać, dlatego lubię trochę myśleć o tym albumie jako o płycie, którą w idealnym świecie mogłaby dziś nagrać Avril Lavigne. Taylor Swift ma podstawy do tego, by rozsiadać się na tronie pop-rockowej księżniczki, który jakiś czas temu zwolniła Kanadyjka, głównie za sprawą kilku utworów niewątpliwie dużym potencjałem singlowym. "We Are Never Ever Getting Back Together" z wrzynającym się w mózg hookiem, słodkie "22", prostolinijne "Stay Stay Stay", które gdzieś tam zahacza o country, ale jednak jak się ma takie refreny, to może i tak można. Ze smętów wolę harmonijnie poprowadzone "Sad Beautiful Tragic" od jęków typa ze Snow Patrol, ale w ogóle jeśli do czegoś się przyczepić w kontekście tego albumu, to głównie do przesadnej ilości wypełniacza. 65 minut tego typu muzyki to jednak trochę za dużo jak na współczesne realia, spokojnie wykroiłbym z tego niepotrzebny kwadrans, w tym drugi zupełnie zbędny duet z rudym ogniskowym zapiewajłem z Wysp. Jakimś tam plusem są za to zupełnie sympatyczne kawałki z CD 2 – zwłaszcza "The Moment I Knew" imponuje rozmachem i spokojnie podniosłoby ogólną ocenę albumu.

Jednak ogólne wnioski są zdecydowanie pozytywne – w najlepszych momentach swojego czwartego longplaya Taylor Swift brzmi jak godna następczyni Avril Lavigne, przywracając tym samym wiarę w dziewczęcy pop-rock jako taki. Cieszy fakt, że otwiera się na nowe horyzonty, o czym świadczy udana współpraca z Maksem Martinem – to niewątpliwie krok w dobrym kierunku, miejmy nadzieję, że kolejne decyzje Amerykanki będą przynosić równie pozytywne skutki. A tymczasem trzymamy kciuki, by znowu nie dała się strollować Kanyemu Westowi.

Kacper Bartosiak    
20 grudnia 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie