RECENZJE

Taylor Swift
1989

2014, Big Machine 5.0

Przyznam się bez bicia, że nie do końca rozumiem, co w tym momencie dzieje się wokół Taylor Swift. Przeglądając napisane w ciągu ostatnich trzech tygodni anglojęzyczne artykuły, zarówno te omawiające 1989, jak i nieco dłuższe, poświęcone całemu fenomenowi amerykańskiej wokalistki szkice, mam wrażenie, że otaczająca nas rzeczywistość medialna zniknęła i zastąpiona została jakąś wyjątkowo toporną (i, wzorem symulacji znanej z pierwszego Matriksa, oczywiście niemiłosiernie zgliczowaną) autofetyszyzującą projekcją samej Taylor. Trudno wskazać w najnowszej (przyjmijmy – "internetowej") historii komercyjnego popu równie niezręczną dla wszystkich zainteresowanych sytuację, w której sympatia do jednej postaci w tak krótkim czasie umonstrualniona została do formy wcale niedalekiej od jakiejś fantazmatycznej obsesji. Krytyczne wiatry zsynchronizowały się w jeden komunikat: od premiery zwiastującego krążek "Shake It Off" wszyscy kochają Taylor Swift. A 1989 jest jednoznacznym dowodem na to, że Taylor – kto wie, czy nagle nie "najważniejsza" postać we współczesnym popie – kocha również swoich fanów.

1989 w niedługim czasie od premiery doczekało się bowiem nieporównywalnie więcej popularnokrytycznych analiz, pełnych wielkich kwantyfikatorów i doniosłych wartościowań, niż zdawałoby się znacznie bardziej kulturotwórcze wydawnictwa, jakie zostawiły swój znaczący ślad na tajmlajnie komercyjnego popu ostatnich kilku lat. I to nie tylko ze strony branżowych środków przekazu. Slate, portal-instytucja młodej, silnie upolitycznionej oraz liberalnej Ameryki, głównie z mieszczańskich centrów tzw. niebieskich stanów, nie tylko pisał o płycie jako o pokoleniowej enigmie, wyrażającej wyjątkowe zawieszenie pomiędzy przyszłością a przeszłością, historią a fantazją, jakie charakteryzuje rozdających już karty w przemyśle rozrywkowym millenialsów, ale również tłumaczył fenomen jej rekordowej sprzedaży (ponad 1 milion 250 tysięcy kopii w tydzień – najwięcej od czasu The Eminem Show dwanaście lat temu) przesunięciem w obrębie finansowych priorytetów dwudziestokilkulatków, którzy – po samoidentyfikacji w ramach pojęcia "1%" po kryzysie ekonomicznym w 2008 roku – wcale nie stracili zainteresowania nabywaniem dóbr kultury, ale siłą rzeczy stali się bardziej wybredni, kupując niewiele płyt, ale jeśli już – to zazwyczaj jeden konkretny, "wyjątkowy" album (którego modelowym przykładem jest oczywiście 1989). Slate zresztą nie jest odosobniony w swoich diagnozach, a w budowanie mitu piosenkarki zaangażowały się nawet portale, które – pomimo śledzenia komercyjnego popu – miały na Taylor przez lata, brzydko mówiąc, wyjebane. Tylko z kronikarskiego obowiązku wspominam o (play)liście miłosnym, jaki Spotify opublikowało po tym, jak wycofała ona swoje utwory z serwisu (zresztą z całkiem sensownych powodów) oraz o niezręcznie lizusowskim i wyjątkowo nieśmiesznym skeczu Saturday Night Live.

Niby nie powinienem narzekać. Kibicuję Taylor od wielu lat, lubiłem ją jeszcze za czasów dziewczęcej twórczości i pierwszych sukcesów, kiedy była jeszcze zagubioną gwiazdką lekko nieokrzesanego, zorientowanego raczej na target pre-teen niż ramówkę MTV, country-popu, ciągle głęboko zakorzenionego w wizualnej poetyce oraz tożsamości pierwszych lat nowego tysiąclecia, zupełnie jakby uliczno-bitowa rewolucja mid-2000s nigdy się nie wydarzyła. Zresztą – po co się rozpisywać, wystarczy krótki rzut oka na okładki. Pierwsze trzy krążki dawały zarówno dowód nieprzeciętnej kompozycyjnej wrażliwości – najbłyskotliwiej artykułowanej w ślicznych balladkach w rodzaju "Mean" czy "Speak Now" z bezapelacyjnie najlepszego krążka Taylor pod tym samym tytułem – jak i umiarkowanie bezbarwnej osobowości oraz słabego charakteru; świetne piosenki podpadały pod najbardziej nudny i archaiczny wizerunkowo-tekstowy blueprint, jaki wytwórnia może narzucić młodej adeptce country. Słuchając po raz pierwszy siedemnastoletniej Taylor wspominającej romantyczny taniec z chłopakiem do ballady Tima McGrawa, myślałem o niej raczej w kategoriach "one hit wonder" – ot, zdolna songwriterka, której się poszczęściło na chartsach, ale raczej niezdolna do, nazwijmy to, "post-disneyowskiej" progresji pełną gębą, która szybko zostanie zapomniana i raczej nie ma szans na naprawdę wielką karierę.

W 2014 roku okazuje się, że jeżeli coś przesądziło o sukcesie Taylor Swift, to właśnie ten – domniemany wtedy przeze mnie – brak charakteru. Już wydane dwa lata temu Red testowało nowy wizerunek piosenkarki, zachowując przy tym jednak "wierność korzeniom". To do dzisiaj, pomimo dłużyzn i nie do końca konsekwentnie poprowadzonych pomysłów, jedna z najciekawszych płyt popowych dekady, właśnie z uwagi na czasami nie do końca spójną hybrydowość, podkręcaną momentami dziwacznymi rozwiązaniami produkcyjnymi. Wyżyny Speak Now udało się osiągnąć co prawda jedynie w niektórych utworach, ale bez wątpienia można było bez większego niepokoju czekać na – jak można się było spodziewać – jeszcze bardziej pojednawczy ze współczesnym popem follow-up.

Tę obietnicę 1989 akurat spełnia z nawiązką, bo z dawnych brzmień nie zostało tu już nic. Album spełnia rolę przeglądu najróżniejszych artykulacji współczesnego bitowego popu bez niemal żadnych kompozycyjnych nawiązań do przeszłości. Trudno zarzucać Taylor Swift, że decyduje się właśnie teraz na skapitalizowanie swojego najbardziej przyjaznego chartsom oblicza. Szkoda tylko, że jej piosenki straciły przy tym właściwie całą swoją wyjątkowość. Obwarowana sztabem producentów podpisała się pod zbiorem utworów, z których większość mogłaby się pojawić na trackliście w zasadzie dowolnej piosenkarki i które przypominają głównie chaotyczne sklejki wszystkiego, co obecnie można usłyszeć w radiu. Oczywiście "uważny słuchacz" wynajdzie tropy świadczące o tym, że Taylor była jednak w proces pisania płyty jakoś zaangażowana – na przykład wyjęte jakby wprost z szuflady z outtake'ami z Red "I Wish You Would" czy najlepsze na krążku, mające być chyba hołdem dla Kate Bush circa The Dreaming, "Clean". Niestety przerywane są one utworami, w których wypada ona jednak komicznie – jak kiedy udaje Rihannę w "Wildest Dreams" czy przebiera się za pogodniejszą wersję Lorde w "All You Had to Do Was Stay".

No i "Shake It Off", czyli kolejny po "Happy" perswazyjnie optymistyczny singiel, który podbił światowe listy w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Pomimo całej nieznośności otaczającej ten kawałek i konsekwentnie niemogącej zdechnąć minikultury, koniec końców okazał się on jednak jednym z jaśniejszych punktów na 1989, podręcznikowo wypełniając definicję silnie rytmicznego growera w duchu "Hollaback Girl". Z drugiej strony – fakt, że utwór, który jeszcze kilka tygodni temu bezgranicznie hejtowałem, podtrzymuje u mnie pozytywne myślenie o 1989, świadczy również o tym, jak wielkim rozczarowaniem okazała się dla mnie ta płyta.

Podsłuchując sobie od pewnego czasu z niepokojącą regularnością mashupowego Aphex Swift, pokazującego w dziwnie pełnej krasie siłę starszego materiału wokalistki, utwierdzam się zresztą tylko w tym przekonaniu. Sorry, ale jeśli tak ma wyglądać reszta kariery, to ja wypisuję się z fanklubu. Szczególnie, jeśli wsparcie przychodzi z tak nieoczekiwanej strony.

Jakub Wencel    
17 listopada 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie