RECENZJE

Tame Impala
Innerspeaker

2010, Modular 7.2

JB: Najprawdopodobniej w tym miejscu można by wrzucić recenzję Dungen i tylko zmienić stopień przymiotników. No dobra – podmienić przymiotniki. Innerspeaker lokuje się bowiem gdzieś pomiędzy psychodelicznymi jazdami Szwedów (minus prog-rockowość) a popowo-psychodelicznymi hitami MGMT (Fridmann znów na pokładzie). Niby powinienem się jarać, bo riffy zgodne z najlepszymi woodstockowymi tradycjami, ale jakoś nie bierze mnie ten hype. Po pierwsze dlatego, że momentami przebija kalka (co o tyle nieciekawe, że dawno nie słuchałem Ta Det Lungt i teoretycznie nie powinienem się kapnąć), po drugie obok automatycznie zapamiętywalnych singli ("Solitude Is Bliss") brakuje zadziornych, mniej ugrzecznionych motywów. Co nie zmienia faktu, że nie można Australijczykom odmówić ucha do melodii (refren "Expectations") i okazjonalnych hooków (Iommi by się uśmiechnął przy "Jeremy's Storm"). Na przekór pogodzie studzę jednak trochę ten entuzjazm a medal w kategorii Wnuki 60'sowych Zjadaczy Narkotyków pozostawiam koleżkom z Magic Lantern. Tak czy owak Finally The Punk Rockers Are Taking Acid.

MJ: Dziś wyjątkowo będzie o podobieństwach. Długo oczekiwany debiut z miejsca ucementował pozycję Okiełznaj Antylopę jako ulubieńców altmediów i tym razem hype ma uzasadnienie. Debiut to bowiem nagrany szczerze, i z poszanowaniem tradycji przypomina Lennona tak jak Ejstes (na którego zresztą bez ogródek powołuje się Parker, trzon melodyczny tria) przypominał – Lennona siedzącego w studiu nawet z Can. Nawet trochę Czan, gdyby Tymon siedział w europejskim progu bardziej niż w mioglobinowym, zbieracko-łowieckim rocku post-Zeppelin. Poza oczywistymi harmoniczno-skalowymi odwołaniami widać też nieco teksturowych: wyobraźcie sobie bardziej zogniskowane fragmenty Embryonic sans kosmologiczne neurozy. Ciepło, bowiem pieczołowicie nagrywany komunizm produkcyjny (keine Grenzen) wiedzie nas do Fridmanna, który swoim produkcyjnym dotknięciem po raz kolejny dostarcza sycącej, maksymalistycznej odżywki pozwalając wszystkiemu, każdemu tonowi, wzbijać się na egalitarne wysokości, gdzie podział na klasy zostaje bez pardonu kopnięty w niedożywioną dupę. Mówi się, że nagrywali album w trakcje wakacji, w (podobno) niesamowitym domu z niesamowitym widokiem - bejskie sytuacje, które jednak można zrozumieć. Talerze w standardowych okolicznościach pokrywałyby resztę miksu. Bas jest tak rozpostarty, że chrupie. Chrupie głośnikiem. Jakby miał lat czterdzieści. Idziemy popływać czy znowu zapomniałaś kajaczka?

Jakieś indyjskie (nie, nie zrobiłem tego), przedbuddyjskie teorie oddechu się wkradają również. Przestrzenie są wypychane oszczędnie lokowanymi hookami pod sam sufit. Ale sufit urwało tornado. Czy będzie to marzycielski moloch "Runaway, Houses, City, Clouds", czy podawany od ucha do ucha zawadiacko bzyczący power-pop "I Don't Really Mind" - sprawdźcie prognozy, bo może w tym sezonie to Tame Impala będą młócić głośniki, zostawiając nas det lugnt. Mają tego więcej: motyw przewijający się przez "It's Not Meant To Be" w bardzo tight repetycji do złudzenia przypomina tę prowadnicę z "St. John The Divine" Teda Leo, która kończyła się bądź przełamaniem, bądź rozwlekłą laudacją gitarowo pojmowanej kody. Tutaj nie; tutaj się powtarza, kończąc zgoła inaczej - plażowymi akordami, sekcją środkową, mantrycznymi frazami po których znów wylewa. Zastępując rozmyte ciągi metryczne jakimi chwalili się swego czasu Mercury Rev nieustannym, organicznym groove'em Australijczycy dopełniają dzieła rządzenia. Rządzenia, które na luzie może stać się adekwatnym soundtrackiem do wakacyjnych rozmów o haszyszu i Malinowskim.

KM: Cholera, otwierasz Porcys, a tam Dungen wyskakuje. Skojarzenia z projektem Ejstesa w przypadku Tame Impala są jak najbardziej uprawnione, panowie zresztą otwarcie przyznają się do inspiracji. Nie sądzę jednak, by nawiązywanie do mistrzowskich wzorów przepracowania kwaśnej tradycji rocka z Ta Det Lugnt mogło jakoś ujemnie wpłynąć na zawartość Innerspeaker. Nie mogę się też zgodzić z zarzutami o kalkowanie – w obu przypadkach mamy do czynienia z konceptami "retro", których odniesienia są znacznie odleglejsze i wcale się zupełnie nie pokrywają. Oczywiście, nostalgiczny, zdelayowany wokal od razu nasuwa na myśl Ejstesa, ale równie dobrze można by sobie wyobrazić sążnie upalonego Lennona, próbującego śpiewać "Walrusa" albo "Lucy" na jakiejś nieznanej sesji nagraniowej. Perka w rewelacyjnym "Solitude Is Bliss" pracuje jak u Szwedów (czyli jak w acid-rocku), ale w "I Don't Really Mind" i "Lucidity" przywołuje raczej motorykę freakbeatowców, a w niby-refrenie "Runway, Houses, City, Clouds" przypomina o Paisley Underground. Jeden z moich faworytów, "Bold Arrow of Time", otwiera oszczędna blues-rockowa solówka gitary, zalana przez gęstą magmę potężnego heavy-psychowego basu, która później rozpływa się w grzybiarskim tripie rozmarzonego wokalu i hendriksowskiej gitary, a wszystko zamyka syntezatorowo-gitarowa miniaturka. Takie kalejdoskopy stylistyk, właściwie niewyczuwalne w pierwszym momencie, bo bardzo koherentne i wyrastające ze wspólnego narkotycznego pnia, to jeden z największych atutów Tame Impala. Drugim są oczywiście melodie (posłuchajcie tylko "Desire Be Desire Go", żeby nie przywoływać znowu singla), a trzecim brzmienie – zarazem niezwykle przestrzenne i gęste, choć stworzone przy wykorzystaniu trzech, w porywach czterech instrumentów. Efekty pracują, mamy i tradycję i neo-psychodeliczną nowoczesność. Dla mnie wystarczy, by zapuścić trochę włosy, a Innerspeaker mocno uwzględniać w rocznych podsumowaniach.

ŁK: Przepraszam, czy ktoś z państwa nie porównał jeszcze Tame Impala do Dungen? Pan, tak? Ale napisał pan, że głos wokalisty przypomina Lennona, ok. No to dobrze, że się tak wszyscy zgadzamy, to znaczy, że wszyscy mamy zdrowy słuch. I co za tym idzie musimy też się zgodzić, że Innerspeaker to świetny album. Przerośnięte psychodeliczne haszcze "It Is Not Meant To Be" obiecują błogą zakwaszoną podróż na granicy snu i obietnica to zostaje dotrzymana. Każdy kolejny rozlewający się, creamowaty track jest jej spełnieniem. Muzyka to czysty hołd dla ansambli z późnych lat 60., w tekstach jest "sitting around smoking weed" i "I've got body that my mind can leave", ale ani przez chwilę nie ma się wrażenia obcowania ze stylizacja czy dad-rockowym konserwatyzmem. Zespół w pełni kontroluje swoją stylistykę i ich latające melodie i gromowe rytmy brzmią świeżo. Nie skoncentrowali się jeszcze na tyle, żeby napisać swoje "Panda", ale i tak nagrali świetny soundtrack do lata.

Krzysztof Michalak     Jan Błaszczak     Mateusz Jędras     Łukasz Konatowicz    
10 czerwca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja