RECENZJE
Tame Impala

Tame Impala
Currents

2015, Interscope 7.8

Trzy lata. Dokładnie tyle czasu miał Kevin Parker na wymyślenie i nadanie nowej tożsamości australijskiemu kolektywowi, czym mógłby udowodnić, że życie po Lonerism to nie tylko utopijna wizja, ale pełnokształtne, konsekwentnie kontynuowane odniesienie do największych w tym fachu. Zadanie było tym bardziej trudne, że Tame Impala kojarzyła się nam dotychczas przede wszystkim z precyzyjną co do cala eskalacją ducha gitarowej psychodelii lat sześćdziesiątych i nikt nie mógł przypuszczać, że chłopcy tak szybko opuszczą swoją strefę komfortu, przenosząc punkt ciężkości na coś może nie radykalnie nowego, ale wciąż odważnie uderzającego w inną częstotliwość. Kiedy jednak przyjrzymy się bliżej ostatnim wypowiedziom frontmana, szybko zauważymy pewną logiczną ciągłość w tym ruchu – Kevin zawsze chciał nagrywać swoje autorskie, czerpiące garściami z mainstreamowego popu rzeczy, oderwane od sztywnego kanonu, podważające szeroki zestaw nieodzownych młodzieńczych inspiracji, dyktujące w sposób odważny trendy na międzynarodowej scenie "komercyjnego niezalu"; ale opresyjna branża przemysłu muzycznego nie do końca dawała mu ku temu możliwości. Teraz, mając na koncie dziesiątki nagród, odbijający się echem dwóch poprzednich płyt sukces artystyczny i odpowiednio wysoki street credit w środowisku krytyków, w końcu dopiął swego i przy asyście kolegów z zespołu nagrał płytę, która jest daleka i jednocześnie bardzo bliska swoich poprzedniczek, ale w żadnym wypadku nie jest od nich gorsza.

Nie bez znaczenia w przypadku Currents jest układ tracklisty i chronologia eksploatowanych wątków. Singlowe "Let It Happen" i zamykające całość "New Person, Same Old Mistakes" najlepiej z całego zestawu piosenek definiują woltę, którą obrała Tame Impala po odwieszeniu na kołek ortodoksyjnej psychodelii. Wirtuozerskie riffy w tym pierwszym rozpłynęły się na rzecz monumentalnego, quasi-jamowego syntetycznego disco podwieszonego pod vocoder, clapy, perkusyjny bit, nieprzewidywalne loopy czy zawiązaną wokół wokalu linię melodyczną, zaś główny motyw "New Person, Same Old Mistakes" – że pokieruję się nieco tropem Wojtka – na nowo interpretuje wymuskany, gładziutko wyprodukowany g-funk utrzymany w konwencji slow-mo, przełamany w połowie przez bodaj najdostojniejszy mostek, jaki dane było mi słyszeć w tym roku. Wiekopomne rzeczy się tu dzieją, a że część zawiedzionych fanów woli wciąż krzyczeć o mitycznym uproszczeniu brzmienia, zamiast to zrozumieć... nie moja sprawa, ja wolę piosenki. Kompozycje pociągnęły również za sobą ogólny wydźwięk fabularny. Znany ze swojej introwersji i nieśmiałości wobec społeczeństwa Kevin Parker poczuł konieczność bycia bezpośrednim neurotykiem bardziej niż do tej pory, powodując, że Currents nie jest wyłącznie bezbłędnie zaaranżowanym albumem muzycznym, ale przy okazji przedmiotem do przemycania życiowej filozofii jednego z najbardziej profetycznych, pionierskich ludzi naszych czasów. Szybki rzut oka na tracklistę i co widzimy? "Yes I'm Changing", czyli wymowniej już się nie da. Nie ma już izolacji, jest z kolei otwarte, zahaczające o delikatny seksizm punktowanie kondycji współczesnych mężczyzn czy obrazowy portret konsekwencji rozstania i złamanego serca po relacji z członkinią Melody’s Echo Chamber’s Melody Proche. Jeden rozdział bezpowrotnie przeminął, inny zwiastuje nadejście nowych czasów.

Czy przez minimalizowanie wpływu gitar mamy jednocześnie nastawić się na gitarofobiczne granie? Nie do końca. Jest ich zdecydowanie mniej w porównaniu do Innerspeaker czy Lonerism, nie są akcentowane na pierwszym planie, ale gdzieniegdzie, pomiędzy warstwami reverbów, pozostawione w cieniu vintage synthów i okupujące dolną partię miksu, pełnią wdzięczną rolę pomocniczą. Przykładowo w "skitowym" "Gossip" spośród zagęszczonych synthów wyłania się preriowo-melancholijna linia gitarowa, a w "The Less I Know The Better" intro rozwija się na fundamentach plastycznego riffu. Całe Currents to zresztą od strony audiofilskich, nieobliczalnych sztuczek songwriterskich jedno bezgranicznie optymalne pole ekspozycji. Dajmy na to "Disciples" zaczyna się ukrytym w ścianie szumu falsetto długowłosego wokalisty, później następuje wygładzenie brzmienia, a w ostatniej części jak bumerang numer wraca do swojej pierwotnej lo-fi postaci – szczerze uwielbiam ten moment. A propos, nomen omen, momentów, to trzeci indeks na trackliście nie jest wcale gorszy. "Moment" rozbraja w połowie nagłym zjazdem melodii uzupełnionym w późniejszej fazie o pochód bębnów i zostaje spuentowany prześlicznymi chórkami. Że niby nuda? Nie moja sprawa, ja wolę piosenki.

I tak dochodzimy do końcowej konkluzji, że choć elementarny zrąb dotychczasowej twórczości naszych ulubionych Australijczyków został na tę chwilę wyeliminowany, to zarządca głównego systemu – choć w dłoni zamiast skalpela trzyma inne narzędzia ekspresji – jest tak samo zręcznym chirurgiem jak dotąd. Trudno powiedzieć, czy ktokolwiek inny podjąłby się scalenia tylu wzorców z kilku diametralnie różniących się od siebie fragmentów historii, tworząc tym samym wielowątkową hybrydę gatunkową skupiającą w sobie R&B, psychodelię, disco czy synth-pop. Na papierze wygląda to bardzo odważnie, ale... najnowsza płyta Parkera i spółki jednoznacznie pokazuje, że jeśli o to chodzi, to nikt na świecie nie działa jak Tame Impala.

Rafał Marek    
6 października 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie