RECENZJE

Tamaryn
The Waves

2010, Mexican Summer 5.7

PM: Opisywany przez nas kilka miesięcy temu w rubryce rezerwa "Sandstone" irytował mnie nieco zapatrzeniem w brytyjskość przełomu dwóch dekad wstecz; jak na zespół z San Francisco brzmiało to niewątpliwie zbyt jak Painsi, co nie? No ale Porcys wpływowy jest, muzycy czytają nas od lat i postarali się jednak odrobinę zastosować do sugestii. Chociaż poruszamy się ciągle wokół szeroko-pojmowanego shoegaze'u, przepuszczają Tamaryn ową stylistykę przez grube sito garażowego brudu, z jakiego znana jest przecież scena ich rodzimego miasta (jeśli nie całego wybrzeża). Wyobrażam sobie na przykład, że "The Waves" czy "Coral Flower" nagrać mogłyby dziewczyny z Dum Dum Girls (gdyby poszły drogą swoich najbardziej atmosferycznych kawałków). Tymczasem w momentach, gdy Kalifornii mamy najmniej, przeistacza się The Waves w zdolny hołd ku Souvlaki, czyli jednej z moich absolutnie ulubionych płyt gatunku (patrz: oniryczne "Choirs of Winter"). Naprawdę solidna to, piękna fakturowo płyta.

RP: Bez przesady. Wypada mi zastosować niekonstruktywną i chyba niezbyt lubianą na co dzień retorykę: po co? Epigonizm w piętkę. Osobiście dałem się parę miesięcy temu nieszkodliwie podejść "Sandstone", ale całe The Waves prostolinijnie demaskuje Tamaryn i jej gitarzystę/producenta Rexa Johna Shelvertona jako artystów dwojga inspiracji. Shoegaze i bycie zapatrzoną akolitką Elisabeth Fraser, oba czynniki bez dodatku myśli własnej, ten drugi z oczywistym niedostatkiem, bo przecież żadnej nie dostanie do Fraser. Tamaryn gniecie się w konwencji na tyle, że zdradza to nieomylnie już warstwa leksykalna tytułów: flower, haze, fade, cascades. Słowem, materiał straszliwie bezpieczny, jest sobie i tyle. By oddać sprawiedliwość: pierwszy i ostatni track zapamiętałem.

ŁK: Oldskulowy shoegaze i dream pop nigdy nie odpuści. Projekt Tamaryn jest do tego stopnia sformatowany na kształt kilku zespołów z lat 90., jakby chciał dwuosobowo wskrzesić jakiś trend, o ile nie scenę. Tajemnicza ciemnowłosa dziewczyna i jakiś typ robiący, wznoszący się do niebios, oniryczny hałas za jej plecami. Nie powiem, żeby The Waves nie mogli nagrać Mazzy Star ani Curve. Nie ma nic oryginalnego na tej płycie, ale fakt jest taki, albo tylko ja tak myślę, że takie senne sprzężenia rzadko brzmią słabo, a nie trzeba znowu zbyt wiele, żeby brzmiały pięknie. Weźmy taki utwór tytułowy – najlepszy, najdłuższy i pierwszy na płycie – pięć minut zimnej elegancji i gotyckiego majestatu. Przeniesiony w czasie o dwadzieścia czy kilkanaście lat mógłby być dla niektórych klasykiem takiej muzyki. Właściwie to wszystkie pozostałe piosenki są przynajmniej dobre, i wszystkie odnoszą się do efektów atmosferycznych i krajobrazów – w tekstach, tytułach, kaskadach gitar, i dławiącym dole miksu. Tamaryn zna/ją jedną sztuczkę, ale ślicznie ruszają tą rączką.

JB: Jakiś czas temu broniłem pewnego nudnego zespołu. Wystawiłem mu nawet dość pozytywną ocenę, argumentując, że nawet rzeczy oklepane, nic nie wnoszące i wtórne mogą sprawiać przyjemność i zachęcać do powrotów. Dziś, starając się nawiązać do tamtej recenzji, muszę poświęcić 30 minut na wygrzebanie: co to była za płyta, jaki miałą tytuł i co to w ogóle za gatunek (Wild Nothing, swoją drogą). Nawet jeśli obecnie "nieinwazyjność" staje się powoli receptą na sukces, obracam się na pięcie i proszę, by mnie ktoś wreszcie czymś zainteresował. Macie cały miesiąc.

Jan Błaszczak     Radek Pulkowski     Łukasz Konatowicz     Patryk Mrozek    
29 listopada 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie