RECENZJE

Taco Hemingway
Marmur

2016, Asfalt 3.9

Wczoraj była parapetówka, nocy mroczna końcówka
Dzisiaj matka trzeci raz dzwoni, darmowe minuty trwoni
Wsiadam na Legionów, ustalam liczbę wczorajszych zgonów
Czwarte połączenie nieodebrane, matkę wkurzoną zastanę
Powoli mijam Zieloną, tutaj melanże zwykle toną
Ludzie jeszcze bez swoich ósemek, szukają w nocy swoich N–ek.

Właściwie można tak bez końca. Siadasz i generujesz teksty w stylu Taco Hemingwaya, bo one tak naprawdę są dość proste. Jasne, Taco się stara, Taco mocno punchline'y ćwiczy, Taco każde swoje słowo non stop poleruje, ale odpalasz Marmur i znowu słyszysz, że typ gdzieś jedzie. Podróżował już metrem, wracał z wakacji, a teraz, by płytę pisać, przed siebie gdzieś mknie. Oryginalny Hemingway też cisnął cały czas (trochę uroczo) ten sam temat: u niego mężczyźni starali się być męscy, mieli problem ze swoją męskością albo chcieli sobie po raz ostatni udowodnić swoją męskość. Potem mija ze sto lat, dawno nie było wojny, więc koleś nagrywa płyty, że jest tak naprawdę bardzo mięciutki.

Rozumiem, temat bycia mięciutkim jest strasznie ważny. Wszyscy jesteśmy mięciutcy, spoko–spoko, od czasu do czasu można pocelebrować swoje bezbronne kolana, ale warto się powoli zacząć zastanawiać, czy ta rozrywka nie jest już przebrzmiała. Marmur niestety znowu skupia się na wewnętrznym badaniu ciamciakowatych sfer, dodając do tego obowiązkowe rozkminy o tym, że Fifi chce mieć hajs, splendor i tak bardzo nie wie, co dalej. Najebawszy (wiadomo, że przykład z innej ligi) też dotykało podobnej szczerości, ale Smarki zamknął temat w siedmiu kawałkach i trzymaj się, słyszałeś go po raz ostatni. Cholera, Smarki przecież na początku i na końcu swojej pomnikowej EP–ki był zupełnie inną osobą, startując od rapowania "oko za oko, rym za ząb", a kończąc na pożegnaniu z całą estetyką. Taco doszedł do "Kawałka O Niczym Konkretnym” i tłucze go w nieskończoność.

Przez brudną szybę migocze słońce
Wtedy słyszę czyjś śpiew: "Witaj w hotelu Marmur"
Wtedy słyszę ryk drzew: "Witaj w hotelu Marmur"
Słyszę to "Witaj w hotelu Marmur" i zastanawiam się
Czy tak ma się definiować od niechcenia moje pokolenie
"Witaj w hotelu Marmur" – strasznie dobijające
Dojeżdżam do Stajni, dlaczego na słuchawkach nie Kanye
Tylko jakiś Fifi, co hummusem kipi

W tej całej powtarzalności fascynujący jest wątek niechęci Taco na hajp i szybkie nominacje na bycie głosem pokolenia. Główny bohater jego utworów od dwóch wydawnictw gdzieś ucieka, bardzo lubi pisać, ale wszyscy go poznają na ulicy i przez to cierpi męki i katusze. To tworzy wrażenie, że Taco, niczym popularny jutuber, by dorwać swoje sześć zer obraca się wokół bezpiecznych tematów, by leciały łapki w górę. Budowanie opowieści o pobycie hotelu może być z początku ciekawe, dopóki nie przypomni nam się, że Trójkąt Warszawski to też przecież była płyta snująca opowieści. Filip Szcześniak jest człowiekiem ze zmysłem obserwacji, co udowodnił już na starcie, umieszczając w internecie W Poszukiwaniu Elektro – jest on w stanie zauważyć coś więcej niż swoje kolejne origin story.

Dojechałem w końcu do tego domu. Usiadłem, zjadłem zupę i tata wrócił z konkursu winiarskiego. Wygrał dwie kategorie, ale narzeka na poziom sędziów. Nie są tacy jak powinni. Zdobył uznanie, ale jest strasznie niezadowolony. Dziwne.
Zastanawiasz się, czemu Rysio ten akapit sadzi?
Pewnie zaraz Wojtek taki zabieg mu odradzi
Po prostu te akapity przypominają sensem marmurowe skity
Deszcz na betonie, deszcz na betonie

Potencjał wyrobiony na pół gwizdka właściwie najbardziej przeszkadza na tej płycie. Rumak kroi coraz lepsze bity, a Taco pomimo tych samych tematów stara jak może, by było barwnie. Mniej nosuje niż na początku i udaje mu się czasem pokazać, że umie melorecytacje zastąpić rapem. Ta płyta to trochę za bardzo napompowany balon i strasznie mnie wkurwia, że ktoś może w "poważnych mediach" opisać to jako głos mojego pokolenia. Przepraszam za "ja" w recenzji, ale nie mogę zdzierżyć – te rozkminy mogła mieć każda generacja. Każde pokolenie ma własny czas, każde pokolenie chce mieć swój hajs, każde pokolenie na fejmie lecieć chce.

I nie wiem, mógłbym tak dalej rozpisywać się na temat wad i zalet tego albumu. Tylko jaki to ma sens, jak Fifi sam je wypunktuje? Jego twórczość ma taką samoświadomość jak Najgorszy Człowiek Na Świecie – jakiegokolwiek tematu nie podniesiesz, on wcześniej będzie autorsko przemaglowany w wersie czy akapicie. Tutaj w trakcie komponowania są już odpierane kolejne zarzuty niewidzialnego recenzenta. Umówmy się, żaden tekst o Taco Hemingwayu nie będzie też papierkiem lakmusowym dla opinii na temat Marmuru. Ty już tego albumu nie cierpisz albo go uwielbiasz. Mogę więc już skończyć tę recenzję? Bardzo proszę.

PS. Ciekawym zjawiskiem jest obserwowanie kulturalnych i bardzo obytych ludzi, toczących chamską bekę z tego, że tylu osobom Marmur się podoba. Pamiętasz poruszenie z Moon & Antarctica? Najebawszy wzruszało? Robiłeś powietrzną perkusję na kawałkach z Source Tags & Codes? To fajnie, daj komuś pocieszyć się muzyką, tak jak tobie się kiedyś zdarzyło.

Ryszard Gawroński    
2 grudnia 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy