RECENZJE

T. Love
T. Love

2016, Warner 1.5

Wiadomo, że to jest dramatycznie słabe, ale przez chwilę wyobraźmy sobie muzyczny krajobraz bez weteranów – bez Kazika, bez Muńka, Maleńczuka i innych, niegdyś wybitnie fajnych postaci (zresztą poniekąd nadal fajnych), od lat grających niesamowity piach. Byłaby to smutniejsza Polska. A tak, raz na jakiś czas żywy relikt lat 90-tych pojawia się w mainstreamowych mediach, promując w staroświecki sposób swój nowy projekt – a to słownoambientowym wywiadzikiem o sytuacji politycznej w kraju ("Takie poglądy w necie są mega hejtowane, bo musisz być po jakiejś ze stron, musisz mieć jakieś buty", na co Jarek Kuźniar przytakuje: "Tak, bo wiesz, bo dzisiaj ludzie chcą prostego świata – albo jesteś za albo przeciw, koniec"), a to "skandalizującym" teledyskiem, będącym reakcją na bieżące wydarzenia, i wtedy robi się przez chwilę jakby weselej w przestrzeni publiczno-towarzyskiej. Widzowie Onetu zamieszczają bełkotliwe komentarze, ludziska polemizują na Facebooku albo podsyłają sobie linki do tych materiałów ze śmiechem, pisząc "lol", ale jest to przecież sympatyczne, bo gdyby to nie był Muniek to może nawet nie chciałoby im się tego linka wkleić.

Muzycznie ta płyta jest nie do ruszenia, w tym sensie, że tu nie ma o czym pisać, co opisać i można tylko rozłożyć ręce. Takiej songwriterskiej bezradności polska fonografia nie zaznała od późnej IRY. Zgadza się, "Pielgrzym" jest zdecydowanie najlepszym kawałkiem na płycie. Owszem, polityczny singiel "Marsz", przy całej swojej lichocie, jest przynajmniej jakiś – Jarek Kuźniar wprawił Muńka w zakłopotanie w samochodzie, komplementując, że wystarczy posłuchać to "heloł, heloł" przez chwilę i zostaje na cały dzień (reakcja Muńka: "nieee no, wiesz... ") . I jest jeszcze piosenka anonsowana przez Muńka jako disco (w sensie disco circa Al Capone) – refleksyjno-historyczna, wspominająca Wałęsę, Jaruzela, Michnika, Masłowską i World Trade Center, też zabawna. Niestety, zabawna nie jest "Warszawa Gdańska" – hołd dla Davida Bowie i, jak przekonywał Muniek, jego "indywidualistycznej postawy" ("Na stacji tej, jak David Bowie / Zupełnie obcy jestem sam"), a przecież brzmiący jak ballada Chłopców Z Placu Broni albo Big Day. Dlatego w twórczości zaangażowanej upatruję jedynego ratunku dla muzycznej siermięgi obecnego T. Love.

Przez wzgląd na czasy podstawówkowo-licealne – te liczone w grubych dziesiątkach odsłuchy kaset I Love You i Prymityw, niezależnie jaką ilością hołdów dla Dylana i piosenek w stylu "Lucy Phere” zaatakują, nie jestem w stanie znielubić tego zespołu i chyba nigdy nie zmienię kanału, jak zobaczę Muńka w telewizorze, nawet kiedy opowiada, że "Old Is Gold wyznaczyła nam dosyć wysoką poprzeczkę, powstawała cztery lata, to był trudny album dwupłytowy, a uzyskał duże uznanie krytyki, były duże ochy i achy ze strony krytyków". Oraz o nowym wydawnictwie: "Gdzieś ta taneczność jest w tle (...), na tej płycie postanowiliśmy bardziej zatańczyć muzycznie, i oczywiście jest to dalej gitarowy album, ale w dużym stopniu jednak te podprogowe, pulsujące rytmy to było coś co spaja oczywiście. Fajnie, że to dostrzegasz, bo jest tam jakiś odległy powiew Motown, powiew starych nagrań czarnych". POWIEW MOTOWN na tej płycie. Kto nie słyszał, nie dozna. Tak że, z całą sympatią, półtora punktu ode mnie.

Michał Zagroba    
25 listopada 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja