RECENZJE

Swans
My Father Will Guide Me Up A Rope To The Sky

2010, Young Records 5.9

Miał być hałas. Miało być rzężenie skalpowanych receptorów. Miał być post-punk. Miał być industrial. Miał być no-wave. Miał być wielki powrót do świata wzmożonej grawitacji. Do świata perwersyjnej egzegezy. Do świata ołowianych razów staffowskiego "Kowala". Miał być ból. Miał być ciężar. Ciężar i monumentalizm. Monumentalizm nazistowskich pochodów. Rytmicznych. Wyprostowanych. Dumnych. Monumentalizm spiżowych obelisków. Litych posągów stawiających wyniosły opór wiatrom Widmowego Miasta. Miało być "po męsku". Miało nie być litości. Litości nie ma. Są Czechy.

A właściwie Morawy, bo od pierwszego przesłuchania My Father Will Guide Me Up A Rope To The Sky jestem w Brnie. Tak, tak, otwieram okno i chłonę wszechobecny zapach słodu, roztaczającego się z pobliskiego browaru usytuowanego na placu, na którym niegdyś rodziła się genetyka. Zresztą, zaraz na nim będę. Czekając na tramwaj, wypiję dwa kubki burčáka, po czym wespnę się do tramwaju, który tutaj nazywa się inaczej, bo jakoś trzeba tę odrębność pokazać. No i tak jadę. Mijam zamek, mijam dworzec, mijam operę i wysiadam przed klubem, w którym dziś, niespodzianka, gra Michael Gira. Koncert jest udany. Gira przesympatyczny. Jego głos leje się gęsto po parkiecie a aparycja wskazuje, że wpadł tu tylko na chwilkę i zaraz wraca do – chwilowo zawieszonego – świata Cormaca McCarthy'ego. Działo się to dwa lata temu. Wtedy myślałem, że słucham Michaela Giry. Dziś dowiaduję się, że właściwie to był to koncert Swans. W dodatku mocno przedpremierowy.

My Father Will Guide Me Up A Rope To The Sky prowokuje pytanie o istotę zespołu jako takiego. Siedem z ośmiu kompozycji zawartych na ostatnim albumie Swans fani grupy znają z ostatniej płyty solowej Giry. Zresztą, wydanej niewiele wcześniej dla tej samej wytwórni. Artysta tłumaczy, że zrobił to, aby zebrać pieniądze na upragniony powrót wydawniczy macierzystej kapeli. Najwidoczniej zbyt zawiły jest dla mnie taki tok rozumowania, bo wydawałoby mi się, że jeśli komuś tak bardzo zależy na triumfalnym powrocie, to tym bardziej włoży w niego dużo wysiłku. Okazuje się jednak, że marny ze mnie psycholog a My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky to ostatecznie zbiór dobrze znanych kompozycji, zaaranżowanych na zespół. Tylko czy na pewno na ten zespół?

Kolejny problem, którego poruszenia wymagałby powrót Swans, to kwestia definicji reunionów. Zobaczmy, I Am Not Insane to kompozycje grane przez Girę. Na My Father Will Guide Me Up A Rope To The Sky pojawia się Devendra Banhart, Grasshopper, perkusista Shearwater oraz – klucz do rozwiązania zagadki – Norman Westberg. Przez te piętnaście lat przez Swans przewinęło się tylu muzyków, że chyba możliwe byłoby skompletowanie składu trochę bliższego oryginałowi. Może dałoby się zaprosić Mosimanna a jeśli nie jego, to chociaż Parsonsa? Może Kizys – trzymający się wciąż z Westbergiem – ucieszyłby się na taką propozycję? Jarboe – choć z nią negocjacje byłyby zapewne trudne – też wniosła sporo do dorobku zespołu, pomijając fakt, że gdyby nie jej interwencje jako roadie, to muzycy by się najprawdopodobniej zachlali na śmierć i tyle by było z powrotów. W skrócie reunion Swans przypomina spotkanie klasowe po latach, na które przyszedłeś ty i kumpel z dziewczyną, która co kwadrans patrzy na zegarek i pyta "ale ktoś jeszcze przyjdzie, tak?". Nie, nikt nie przyjdzie.

Po takiej porcji zarzutów pozostaje się tylko wyżywać, jednak i tutaj Gira nie ułatwia sprawy. My Father Will Guide Me Up A Rope To The Sky brzmi jak Swans nagrywane w epoce siwienia i powolnej florydyzacji, ale wciąż jest to brzmienie klasyczne. Dostojne, repetytywne kompozycje przypominają te, w których onegdaj zakochiwał się Broadrick czy Spiers. Narastające, (powiedzielibyśmy dziś) post-rockowe melodie elegancko dopełniają głęboki, ekspresywny wokal Giry. Przester odpowiednio równoważą zapadające w pamięć melodie. Stąd nie zdziwiłbym się, gdyby owoc tego reunionu najbardziej przypadł do gustu tym, którzy wcześniej o Swans nie mieli pojęcia, nie ekscytowali się, nie mieli oczekiwań. Pozostali mogą znaleźć się w skórze wędrowca, który, tracąc dzień na poszukiwania celu swej podróży, zmęczony wraca do punktu wyjścia, by dowiedzieć się, że właściwie to szuka tego miasto, tylko ono nazywa się trochę inaczej niż myślał. Sfrustrowany podróżny klnie szpetnie i obniża ocenę.

Jan Błaszczak    
20 grudnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie