RECENZJE

Surfer Blood
Astro Coast

2010, Kanine 6.1

PG: Pierwsze wrażenie jest całkiem imponujące. Kolesie są jakby drugim wcieleniem młodego Weezera, z tą różnicą, że ich debiut nigdy nie stanie się niezal-klasykiem na miarę Blue Album. Siła Astro Coast leży natomiast w bardzo umiejętnym wskrzeszaniu, wielbionego u nas od zawsze "ducha 90s". Dla przykładu "Floating Vibes" i "Swim" są hołdem dla późnego, popowego Superchunk, a "Catholic Pagans" zdradza silną inspirację, zarówno Niebieskim jak i Pavementem z okresu Brighten The Corners (przewodni motyw wręcz wycięty z "Shady Lane"). Problem w tym, że tego rodzaju porównania nie wypadają już dla "Surferów" specjalnie imponująco, także doceniając młodzieńczy entuzjazm, hype przyjmuję z lekką rezerwą.

JM: Był (jest?) taki zespół Kunek – charakteryzowali się tym, że choć nie nagrywali nudnych piosenek, to jednocześnie zupełnie nie mieli na nie pomysłu. Ich stylistyką był brak stylistyki. Surfer Blood to dokładnie ten sam przykład – niby nie można się przy-czepić, ale też i nie ma za bardzo czego się za-czepić. To ja już wolę słabe numery w dobrym makijażu.

RG: Surfer Blood pochodzą z Florydy, dwójka z nich poznała się w ogólniaku, a wszyscy czterej postanowili grać razem na jakimś after-party. Brzmi jak typowy scenariusz surfer (Floryda) indie (ogólniak) rockowej kapelki, nie? No to zgadnijcie co grają. Jako podpowiedź dorzucę, że na Astro Coast słychać wyraźnie co fascynowało chłopaków w latach dziewięćdziesiątych: zespół na niebieskie W, ci na P co śmiesznie wyglądają, są z Ameryki, a nazwie używają brytyjskiego słowa i ..i.t .. .p..l (wpisz brakujące literki). Dodatkowo lata zero-zero i debiut tych od wampirów i weekendów wyraźnie zostawia ślad w zahaczaniu o world music, który widać wyraźnie choćby na "Take It Easy". Płytka wypełniona jest chęcią bycia jak te wszystkie zespoły wyżej, ale czegoś tutaj brakuje, a to coś to hooki i melodie takie, że omajgad. Wiadomo, "Swim" jest doskonałe, piosenki koło niego właściwie też, ale reszta rozpływa się w spoko brzmieniu. Fajnie, że z Surfer Blood nie są jakieś cipciaki-garniaki, fajnie, że wy macie najtrudniejszą na świecie szaradę (no wiecie co oni w końcu grają?), fajnie posłuchać sobie nowej muzyki z tamtych rejonów, ale zdanie "fajnie właściwie nic nie znaczy" pewnie wiele już padało wszędzie gdzie tylko się da.

ŁK: Oczywiste inspiracje, podobieństwa, powinowactwa i tropy są słyszalne od pierwszego przeczytania recki, nie mówiąc o wysłuchaniu płyty, tak Ryszardzie. Metalicznie lśniący pop wczesnego Weezera, wypolerowane gitary Built To Spill z końca lat 90., tak, O-CZY-WIS-TE. Element plażowy, który dzielą z tak wieloma zeszłorocznymi debiutantami w rodzaju Real Estate, tak, jasne (chociaż, że zamiast smętów na jedno kopyto grają żywe piosenki, równie dobrze punktem odniesienia mogą być Pixies z Bossanovy). Teraz zdanie oddechu, przerwy między rzucaniem nazwami innych wykonawców. Ale trudno niestety inaczej pisać o Surfer Blood, to jeden z tych zespołów fanklubów. Jak w 2009 Cymbals Eat Guitars i I Was A King (nie przestanę) grają słoneczne 90sowe indie, ale mają te przwagę, że ich piosenki lepiej się pamięta, nie ma na Astro Coast ewidentnych wypełniaczy. Zespół ciągle trochę bada grunt i kiedy odchodzą od swojego "głównego" mocnego choć marzycielskiego brzmienia rezultaty są mniej porywające – afro-twee w stylu Vampire Weekend "Take It Easy" i druga próba bardziej eleganckiego, ekonomicznego grania w postaci "Catholic Pagans" wychodzą ledwie solidnie. Najlepsze momenty są jednak bardzo mocne. Singiel "Swim" i epiki "Slow Jabroni" i "Anchorage" pozwalają ten zespół bez skrępowania lubić.

Paweł Greczyn     Jędrzej Michalak     Łukasz Konatowicz     Ryszard Gawroński    
1 lutego 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie