RECENZJE

Supersilent
6

2003, Rune Grammofon 8.0

Na przecięciu muzyki konkretnej, klasycznego minimalu, dźwiękowej medytacji i oryginalnej elektroniki działa sobie norweska chluba wytwórni Rune Grammofon. Ich wykraczające poza gatunkowe bariery improwizacje (chociaż momentami trudno uwierzyć, brak tu jakichkolwiek kompozycji, nawet strzępków) dowodzą tajemniczego ponad-werbalnego kontaktu pomiędzy muzykami, ośmieszając przytłaczającą większość autorów nagrań na łonie natury.

Rozprowadzenie i rozłożenie akcentów w "6.1" to przykład czystej magii: kapitalne wyjście od zagadkowych atonalnych zalążków w rozbudowane polifoniczne rzeczywistości. Przecinający ambientowy motyw wyłania się z mroków, żeby pociągnąć za sobą wzniesiony na tym fundamencie misterny konstrukt i toczyć walkę ze złowrogimi gotyckimi improwizacjami syntezatorowymi i organowymi. Smaku dodają przebijające się płaczliwe operowe smyki, czy też ich imitacja. Trudno wyobrazić sobie lepszy portret nocnych koszmarów – temat przewodni, o charakterystycznym miękko-puszystym soundzie, oznacza sen, a wywołujący stany lękowe rozbudowany aparat powiązanych ze sobą wątków około-głównych jego merytoryczną zawartość. Zagęszczenie treści staje się w pewnym momencie przytłaczające.

"6.2" to rozbrzmiewające w głuchych ciemnościach mistyczne około-jazzowe impresje, odwołujące się do Can z najbardziej porażającego dzieła w ich dorobku (a niewykluczone, że także na przestrzeni całej dekady), Ege Bamyasi. Przeciągły lament saksofonu przywołuje ducha norweskich fiordów z mitycznych czasów sag wikingów. Iluzja spowodowana jest pozostawieniem ogromnej przestrzeni w miksie, nad wyraz oszczędną warstwą rytmiczną (dostojna linia basu pełni funkcję ozdobno-ilustracyjną) i wszechobecnemu na 6, ochoczemu nakładaniu pogłosu. "6.3" przenosi rozpoczętą opowieść w rejony mniej sprecyzowanej jazzowej improwizacji i muzyki współczesnej z wykorzystaniem tych samych niezwykłych patentów produkcyjnych. Tkanka luźnie wplatanych dzwonków, dętych, organków, a nawet dochodzących z oddali brzmień orkiestrowych obraca się w grę z wyobraźnią, operowanie ciszą badające właściwości percepcji. Dalsza eksploracja motywu snu nie dowodzi być może geniuszu, na co zanosi się na początku, ale nadal zastanawia niespotykanym charakterem doboru materii dźwiękowej i przemyślaną nieprzewidywalnością, w przeciwieństwie do przypadkowości onanistycznego plumkania, o które w takich kierunkach nieciężko. Podobne walory (to jest nieobliczalność) prezentuje zaskakująco gęsta, miarowo narastająca kawalkada czwartego tracka.

6 jest najlepszym znanym mi tegorocznym wydawnictwem z kręgu dokonań eksperymentalnych. Nader często artystom trudno jest oprzeć się pokusie zatopienia wytworów fantazji w bezproduktywnych scape'ach, a Supersilent ucieka w "eksperymentatorską" konwencję tylko raz, w przypadku "6.5", kiedy przeobrażenia jazgotu i wspierające szumy wydają się nie odbiegać od standardów wyznaczonych na krążkach z pogranicza noise'u czy częściej digital-noise’u. Jest to oczywiście kwestia subiektywna, ale także wyczucia: posłuchajcie opartego na koncepcji subtelnego "przetwarzania" Playthroughs, gdzie na każdym centymetrze płyty nęka śmiałe przekonanie, że nie miało się do czynienia z takimi harmoniami wcześniej. A cokolwiek znajoma ścieżyna, którą podąża linia syntetycznego świdru w "6.5" należy raczej do tych uczęszczanych. Niekoniecznie wszystkim odpowiadać musi irrealne orientalne pieśniarstwo "6.6", doświadczenie bardzo specyficzne, z tych które trudno sklasyfikować – zimny, urojony podmuch przerażenia czy wydumany kicz? Adolf Hitler – Żyd czy Murzyn? Wszystko zależy od interpretacji. Natomiast nie ulega wątpliwości, że na wykresie oryginalności nagranie sytuuje się wyraźnie wyżej niż track poprzedni, a z wyjątkiem tych dwóch kontrowersyjnych utworów spora część płyty jawi się jako rzecz bliska natchnionej.

Na koniec, w ramach pasjonujących anegdotek z serii "życie zakulisowe Porcys", chciałbym opowiedzieć o tym, jak każdy kto zetknął się z We Walk The Young Earth Blithe Sons zasypiał w środku lub nawet przed rozpoczęciem przygody niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Borys narzekał, że trzy razy poległ nim nareszcie zdołał w całości przerobić tę nużącą lekturę. Ja sam nad wyraz często padałem zmożony w objęcia Morfeusza, budząc się ze dwie godzinki po fakcie. Owszem, podobnie jak VJ Joanna lubię, kiedy płyta wprowadza mnie w ten dziwny nastrój. Ale podczas gdy Blithe Sons obezwładniało rozleniwieniem i bezbarwnością, 6 to przypadek kiedy kultowe: "When you're dreaming, time becomes fluid" rzeczywiście można potraktować jako adekwatne i obowiązujące. Awangardowemu kolektywowi o nazwie Supersilent udało się wyczarować soundtrack do stanu snu i zagłębić się w głębokie rejestry nieświadomości.

Michał Zagroba    
29 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja