RECENZJE

Supergrass
Life On Other Planets

2002, Parlophone 6.8

Sytuacja przedstawia się tak: pojechane trio z Oxfordu istnieje sobie już dobrych parę latek, w miarę regularnie zarzucając słuchaczy tak zgrabnymi, kręcącymi i diabelsko inteligentnie zestawionymi melodiami, że liście opadają z drzew. (Opadają i bez tego, taka pora.) W każdym razie panowie są chyba w tej materii rekordzistami ostatnich lat. Liczba hooków, które Coombes, Quinn i Goffey stworzyli w ciągu swojej kariery, jest niewiarygodna. Na tym się wprawdzie kończy ich wkład w rocka, ale wkład to, przyznajmy, cholernie wartościowy. Zwłaszcza w dobie rytmu, jaką chyba obecnie przechodzimy. Kolesie byli od zawsze zapatrzeni w Fab Four i za to mają u mnie wielkiego plusa, większego niż ten akapit. To zapatrzenie umieli jednak pomysłowo przekształcić w "coś swojego" (nie mylić z "coś nowego", heh) i właściwie ta umiejętność wypełnia treść większości recenzji ich nagrań.

Debiutowali krążkiem I Should Coco w 1995, wrócili po dwóch latach z doskonale przyjętym In It For The Money (zbieżność tytułu z klasycznym Zappą nieprzypadkowa), gdzie znalazł się na przykład "Late In A Day", utwór, który miał zdefiniować ich twórczość, łączący smutną flegmę Floydów z kopnięciem a la późniejsze Who. Ale w 1999 pojawił się album Supergrass, taki niby-pocisk, majstersztyk popowego łaskotania uszu, wiernie odtwarzający brzmieniową rękę George'a Martina, wirujący koktajl przyrządzony przeważnie z najbardziej zaraźliwych motywów, jakie można sobie wyobrazić. Weźmy sam początek, "Moving", o podobnym patencie, co "Late In A Day", efektywnie kontrastujący melancholijną przestrzeń z mocnym uderzeniem, pieśń, przy której można się zapomnieć. I jeszcze "Mary", "Beautiful People", "Faraway", "Your Love", czy "Pumping On Your Stereo"...

Dobra, sorry, że trochę odszedłem od tematu, ale chciałem podkreślić moje prywatne relacje z self-titled, bo mnie wciąż ta płytka jara jak skurczybyk i nie sądzę, żeby wkrótce przestała. Ale mamy tu mówić o najnowszej ofercie Supergrass, o Life On Other Planets. Cóż, przede wszystkim tercet nie przystopował, a można raczej dosłownie powiedzieć, że przyśpieszył: tempo jest wyraźnie wysokie, piosenki są momentami zabiegane. Po drugie, jasne jest, że inspiracje mieli goście zawsze szerokie, ale tym razem środek ciężkości przeniesiony został jakby w stronę Bowiego. Po wtóre, produkcja jest jakby bardziej zwyczajna, przez co całość wydaje się zwyklejsza. Tony Hoffer zdecydowanie nie miał zamiaru kopiować Martina, co tak pięknie przez te wszystkie lata pracy z zespołem czynił John Cornfield.

Ale "zwyklejsza" odnosi się tylko do realizacji, po prostu bliżej się zrobiło teraz do mainstreamu. Natomiast same kawałki są równie odlotowe jak w przeszłości. Posiadają ten specyficzny brytyjski feeling i fakt, że mimo to nie nudzą, sam w sobie godny jest odnotowania. To cecha wspólna paru kapel, działających niezależnie, ale jakoś według wspólnych przesłanek: Super Furry Animals, Mansun lub właśnie Supergrass. (Przed 13 wymieniłbym też Blur, ale teraz to już inna historia.) Celem: bezpretensjonalne zachłystywanie się harmonią (także w sensie: wokalną; Gaz Coombes robi super nakładki) i sprytną przebojowością. I to właśnie dominuje na Life On Other Planets.

Ktoś kiedyś tak napisał: dar Supergrass polega na tym, że potrafią każdy numer na płycie poprzeć interesującą melodią, nie znają pojęcia "wypełniacza". Nowy materiał to całkowicie potwierdza. Tak z brzegu tylko podpowiem: odświeżający refren "Rush Hour Soul", zabójczo kołysząca zwrotka "Brecon Beaches", zawinięta przygrywka gitary z "Can't Get Up", wodewilowe klimaty w "Evening Of The Day", albo słodkawe "na na na" z "LA Song". Gdzie tu miejsce na wypełniacze, skoro oni ledwo ściskają haki w tym czterdziestominutowym worku? A jak już zaczniecie biadolić, że "twardym trzeba być, nie miętkim" (ej, o co chodzi?), gostki wypieprzą taki punk w "Never Done Nothing Like That Before", że pokój wyda wam się zbyt mały. To jakby ich własna wersja "B.L.U.R.E.M.I.", lecz kiedy chore psychicznie "la la la la" łączy się z kanciastym pianinkiem, nawet Albarn mówi: "Dobra, panowie, wychodzimy".

W sumie nie będę polemizował z nikim na temat fascynacji melodią, bo to jest coś, co się odczuwa. W gruncie rzeczy te piosenki nie są niczym wielkim, mimo wcale hojnych aranży (organy, fortepian, różne gitary, komiczne piski, zgrzyty). Dość, że dzięki takim chwytliwym tune'om można z uśmiechem przetrwać jakiś pochmurny, deszczowy dzień. Tak więc ogólnie na maksa pozytywnie, choć – zostawiłem to na finał – jednego mi tu zabrakło. Trochę te kawałki nie tworzą całości, trochę są zdezorientowane w czasie i przestrzeni. Inaczej, niż na poprzedniku, gdzie każdy znał swoje miejsce w szyku (znów rym, heh). Może to uprzedzenie, lecz wielu będzie też z pewnością uważać Life On Other Planets za najsłabsze dziełko Supegrass. Że niby formuła się wypaliła. Że na tym etapie koledzy "bali się robić coś nowego". Nawet jeśli to racja, to i tak jest to na razie jedna z fajniejszych britolskich płyt roku, a ten będzie się powoli zbierał do końca.

Borys Dejnarowicz    
6 listopada 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy