RECENZJE

Super Furry Animals
Phantom Power

2003, Sony Music 7.2

I znowu, nie miałem absolutnie zamiaru pisać "recenzji polemicznej", ale widzę, że inaczej zacząć nie stoi. Takie to uciążliwe: mamy oczy i niestety widzimy kompromitujący poziom niektórych tekstów. Wczoraj komediowe hasło "w Polsce czyli nigdzie" dziś powoli zaczyna nabierać wymiaru tragicznego. Być może natkniecie się kochani na omówienie Phantom Power, w którym napisano, cytuję: "Jeśli dzięki Rings Around The World dobili do drugiej ligi, swoim nowym albumem bezczelnie pukają do drzwi ekstraklasy". Hello!? HELLO!? Ever heard Guerrilla LP? How about Mwng? Boże! Z całą szczerością, to łamie mi serce. Dlaczego tysiące niewinnych czytelników mają cierpieć z powodu nierozgarniętego pseudo-znawcy? Po raz kolejny polski recenzent wykazał zaściankowy syndrom "przyczepienia się do okrętu" z okrzykiem "płyniemy!" w momencie, gdy na okręcie impreza skończona, wszyscy śpią. Spod pióra tej samej osoby wyszły tak mądre zdania, jak choćby: "Nigdy nie byłem wielbicielem Yo La Tengo. W mojej hierarchii funkcjonowali jako stereolabowa odmiana Belle & Sebastian. A skoro mam Belle & Sebastian i Stereolab, to po co mi jeszcze Yo La Tengo?". Come on, people! Przecież jest tyle dobrych zawodów i każdy może znaleźć coś dla siebie! Dlaczego od razu krytyk rockowy?

Dlaczego żyjemy w kraju, gdzie Super Furry Animals są porównywani do The Coral? Wiecie co, chyba porównam jutro Pixies do McLusky. Słyszeliście, Pixies się reaktywują, pewnie nagrają świeży materiał i wtedy porównam go do McLusky. Skoro Super Furry Animals mają "sposób śpiewu jak The Coral", to dlaczego Pixies nie mogą mieć "gitarowych riffów jak McLusky"? To przecież podobna zależność. Na Boga, żeby brać się za pisanie o muzyce trzeba dysponować jakąś fundamentalną wiedzą, a nie tylko przeglądać kolorowe brukowce w poszukiwaniu bestsellerów! W przeciwnym wypadku wygląda to żałośnie. Dlaczego w Polsce nikt tego nie kontroluje? Dlaczego nie ma instytucji filtrujących takich "ekspertów"? Tomek Gwara wymyślił na tę okoliczność slogan "Odłączyć mu dostęp do gramatyki!". Krytycy muzyki poważnej i jazzu, teatralni, literaccy, czy nawet filmowi zagłębiają się codziennie w otchłań przeszłości gatunku, poszukując kontekstów niezbędnych do rzetelnej dedukcji zjawisk bieżących. Krytycy rockowi zachowują się jak małe dzieci z piaskownicy, tkwiąc w przeświadczeniu, że odbiór muzyki pop równa się wchłanianiu błahych hologramów. Ile to jeszcze potrwa, na miłość boską?

Ok, ok, dosyć!

Autor przywołanych wcześniej ustępów najwyraźniej powinien się zająć sprzedawaniem hamburgerów na rogu. Super Furry Animals zdążyli w ciągu niemal dziesięciu lat istnienia wybudować sobie reputację niezastąpionych penetratorów nieodkrytych terenów rocka, wędrując od zwartego prog-punku, poprzez owocowe słodycze balladowego liryzmu, aż do podrasowanego piorunującą dawką olśniewająco wpasowanej elektroniki popu. Zgodnie ze znaną regułą żaden wykonawca popowy nie był ostatnimi laty tak progresywny, a nikt ze świata progu nie zgrzeszył równie bezczelną popowością. Pośród całkiem obszernego i pozbawionego wpadek katalogu zespołu zdecydowanie najjaśniej świeci Guerrilla z 1999 roku. Nawet nie zaczynajcie ze mną rozmowy o SFA bez znajomości Guerrilla! Nie przyjmuję żadnych zachwytów nad ich twórczością dopóki nie wkręci was "The Turning Tide", "The Teacher" albo "Night Vision". Dla fanów eksperymentowania z fenomenalnym popem ciężko znaleźć coś lepszego. W dalszej kolejności jazdy obowiązkowej postawiłbym na zainspirowane, patriotyczne dzieło Mwng.

Phantom Power to najmniej spektakularna płyta Super Furry Animals. Nie ma tu hooka tak dziko wykręconego, jak chorobliwie chwytliwy refren "Hermann Loves Pauline". Żaden kawałek nie jest nawet w ćwierci tak zajebiście śmieszny, jak "Wherever I Lay My Phone (That's My Home)" (to właśnie dzięki niemu przed laty ostatecznie zrozumiałem, że nie ma komórek), czy "Chewing Chewing Gum" (piosenka o gumie, do żucia naturalnie). Nie udało się tutaj grupie przyrządzić dania o takiej dźwiękowej naturalności, jaką posiadał "Y Gwyneb Iau". Wreszcie, ani jeden fragment nie sięga elektronicznym wariactwem "The Door To This House Remains Open" czy zbulwersowanego finału "No Sympathy". Tak jakby wszystko czym kwintet chciał zabłysnąć i rozpromienić zostało już zapodane w przeszłości. Dziś panowie koncentrują się zaledwie na przejrzystej, kontemplacyjnej pielęgnacji łagodniejszego oblicza swojej estetyki. Jeśli Rings były próbą odtworzenia eklektyzmu i barwności Guerilla, to Phantom kontynuuje ducha Mwng. Dla ułatwienia realizacji celu, agent od specjalnych zadań, tajny szpieg Warpa w szeregach SFA, Cian Ciaran, został tym razem odsunięty od misji.

Gruff: Kolego, będziesz chwilowo zepchnięty na plan dalszy, wyluzuj z efektownymi sztuczkami.

Cian: Wal się! Chcę zaszaleć jak zawsze!

Gruff: Dobrze, dostaniesz miejsce do zabawy w prologu i zakończeniu "Slow Life", ale nigdzie więcej.

Cian: Wtf 2h r1985y 1-95y1 2y t2 yt 4t8 24 ok łajzo, idę pojeździć na desce, poinformuj mnie jak będę potrzebny.

Yup, ten maksymalny boss Ciaran nudził się zapewne w trakcie nagrywania Phantom Power jak Harrison podczas sesji do Sierżanta Pieprza, udzielając się sporadycznie i właściwie tylko we wspomnianym closerze dając widomy, wyraźny znak obecności. (Z tym, że, podejrzewam, odmiennie: właśnie chciał kontrybuować, ale mu nie pozwalali.) Reszta materiału, choć podkolorowana rozległą paletą farbek, eksploatuje wątek akustycznych zakamarków pradawnego folk-rocka, barokowego popu i prawie country'owej swojskości klimatu. Najeżone subtelnymi ozdobnikami aranżacje kreują ciepłe, zadumane nastroje, do czego idealnie pasują nadspodziewanie refleksyjne (w granicach SFA oczywiście) teksty, zahaczające o tematy dość poważne. W zestawieniu z "When I come back from school I'm gonna write some hooks" mini-eseje w tonie "nie ma wojny" (wiadomo, że nie ma) wydają się cokolwiek drastyczne. Ale cóż, świat się zmienia, coraz mniej optymistycznych wątków dokoła, no i Gruff się starzeje; wszyscy się starzejemy. Choć znalazło się tu też kilka wersów nawiązujących do dawnej abstrakcji: jak każdy wskażę na "Venus & Serena", a w "Valet Parking" padają nawet słowa "So I just head on for Poland", co dla nas jest godne zauważenia.

Komentatorzy przywołują The Notorious Byrd Brothers jako logiczny punkt odniesienia i zaiste, mimo, że już uprzednio wpływ Byrds na ballady formacji był niepodważalny, to rozebrane z fajerwerków brzmienie "Liberty Belle", "Bleed Forever" lub "Cityscape Skybaby" uwypukla go jeszcze bardziej niż zwykle. Myślę, że The Notorious Byrd Brothers to obok Younger Than Yesterday najwspanialsza płyta Byrds sprzed pięciu minut Grama Parsonsa i zupełnie nie dziwi mnie, że tę fascynację dzieli Rhys. Opener "Hello Sunshine" otwiera zmierzchający kobiecy wokal w stylu pieśni Jessiki Bailiff, by po tym dezorientującym prologu zawędrować właśnie w rejony amerykańskiej, wręcz alt-country'owej tradycji. Zostało im też uwielbienie dla Beach Boys: obie części "Father Father", z tymi zawijanymi smykami i ceremonialnym wybijaniem bębnów, to jawna reminiscencja "Let's Go Away For Awhile". I ogólnie do kalifornijskiej beztroski. Moja matka ma dwupłytową składankę Take It Easy z numerami Buffalo Springfield, Grateful Dead, America... Melancholijne harmonie wokalne "Sex, War & Robots" przywołują właśnie taki błękitny kalifornijski posmak.

Ale nawet pewnego rodzaju asceza ekspresyjna, wyciszenie i stonowanie nie są w stanie przesłonić umiejętności, którą Rhys i spółka posiedli na dobre: swobody songwriterskiej. Singlowy "Golden Retriever" wymiata następującymi po westernowej zwrotce wielogłosami. Zwarty, najostrzejszy tu "Out Of Control" refrenem przypomina o power-popowych korzeniach, przyprawiając je dozą mroku. Luzacki "Valet Parking" czaruje czystą melodyką żrącego gitarowego hooka. Możecie z powodzeniem odjąć cały duży punkt od oceny, jeśli nie zaliczacie się do fanatycznych sympatyków SFA. Serio, ta nota jest zawyżona. Super Furry to jeden z najczęściej goszczących zespołów w moim odbiorniku. Podobno częstotliwość słuchania albumu to ważne kryterium wartościowania. Śmieszne: tylko zagorzali zwolennicy grupy mają prawo komplementować Phantom Power. A więc wy! Tak, wy! Nie możecie jej chwalić! Zrozumiano? Nie, no tak na serio to w sumie możecie wszystko. Ostatecznie każdy ma własne przemyślenia, doznania, teorie... Tylko błagam, nie mówcie, że to jedna z płyt dwudziestego pierwszego wieku, bo odbiera mi to wiarę w drugiego człowieka.

Borys Dejnarowicz    
22 października 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie