RECENZJE

Sun Kil Moon
Common As Light And Love Are Red Valleys Of Blood

2017, Caldo Verde 5.9

Zdania są podzielone. Jedni upatrują w Common As Light… chwalebnego powrotu Kozelka po będącym efektem niekontrolowanej nadproduktywności Universal Themes oraz zupełnie niepotrzebnym kolabo z Jesu. Drudzy z kolei nazywają go przegadanym, dwugodzinnym monstrum, bastionem (albo – spójrzmy na okładkę – elewatorem zbożowym) nie do zdobycia. Jedni i drudzy mają rację, a może właśnie obie te grupy w takim samym stopniu jej nie mają: na nowej płycie Sun Kil Moon nie brakuje zalążków wielkiego grania, ale upakowane w tak szalenie wykańczającą formę wydawniczą albo drastycznie tracą na swojej mocy, albo stają się piekielnie trudne do wychwycenia.

Co ciekawe, album ten ma w ofercie sporo zagrywek mogących figurować w obozie Kozelka jako pewna nowość: bardziej mechanicznych, silniej zakorzenionych w bluesie, wspomaganych szeregiem przeróżnych stylów i pokombinowanych jak nigdy wcześniej. Namiętny akustyczny fingerpicking zostaje wyparty przez mocny, klawiszowy puls; gitarowe wzorki, miast trzonu utworu, stanowią zaledwie ornamenty, choć rzecz jasna trudno oczekiwać, by na tak długim krążku było to zasadą. Elementem spajającym pozostaje nieśpieszna repetycja, głębokie zakorzenienie w amerykańskiej kulturze i pamiętnikarski, naszpikowany namecheckingiem i osobistymi dygresjami charakter kozelkowych narracji, bezpośrednio nawiązujący do innych propozycji Sun Kil Moon i na ogół wypadający w tym nowym anturażu – a raczej w wachlarzu nowych anturażów – niemal tak przekonująco, jak na Benji.

Na Common As Light… zmęczenie przemocą przeplata się z chęcią złożenia hołdu jej ofiarom, a niepewności związanej ze strachem przed śmiercią (nie tylko swoją) i nieuchronnym starzeniem się towarzyszy ciągłe poszukiwanie spokoju, gdzie formą eskapizmu ma być popadanie w rutynę i pielęgnowanie wspomnień, sadzenie kaktusów i wcinanie gazpacho gdzieś w sercu Porto, vide piękne, wyjęte wprost z Ocean Beach, "I Love Portugal". W "Phildelphia Cop" krytyka ery smartphonów ostatecznie przekształca się w okraszony retrospekcją nekrolog; w "Bergen To Trondheim" anegdotka o Muhammadzie Alim staje się sercem przestrzegającego przed biernością, anty-przemocowego manifestu, swoistego post-sctiptum do "Pray For Newtown". "Why is this world simultaneously so beautiful and a pile of shit?" pyta Kozelek i to chyba najlepiej streszcza tę płytę.

Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że tym razem w parze z bezpardonowym naturalizmem idzie nutka megalomanii. C’mon, te utwory mają średnio po 8 minut, a jest ich szesnaście, ileż można. Mówi się, że geniusz ciągle balansuje na granicy i choć Kozelek bez wątpienia jest wirtuozem gawędziarstwa, w tak rozległych kompozycjach zdarza mu się męczyć przysłowiową bułę. Główny bohater "Butch Lullaby" to chyba najnudniejszy gość na ziemi, a typy w koszulkach Guns N' Roses, choć wspomnieni tylko raz, wydają się uniwersalnym bohaterem zbiorowym, wytartym i pozbawionym błysku. Gdy dodamy do tego zarówno muzyczne, jak i tekstowe, hermetyczne eksperymenty w konwencji utworu w utworze, których kulminacją jest kuriozalne "Vague Rock Song", właściwa treść Common As Light… rozmywa się i traci na subtelności. To wszystko brzmi jak wielki poligon doświadczalny, z którego sporo można dla siebie uszczknąć, ale całościowo pozostawia uczucie przesytu – wychodzi na to, że dwie godziny chaosu z Markiem Kozelkiem na majku to wyzwanie nawet dla najzagorzalszych sympatyków.

Wojciech Chełmecki    
13 marca 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie