RECENZJE

Sun Kil Moon
Benji

2014, Caldo Verde 7.5

Każda dekada w muzyce ma (lub inaczej – kreuje) własnych, wielkoformatowych bohaterów z prawdziwego zdarzenia. Wystarczy sięgnąć pamięcią ponad dwadzieścia lat wstecz: początek dziewięćdziesiątych należał do Kevina Shieldsa wraz z watahą i ich rozbudowanej syntezy twórczości wyspiarskich kolegów z Spacemen 3. Kilka miesięcy wcześniej post-rockową schedę po Talk Talk przejęła grupka gołowąsów z Louisville, a okrzyknięci wraz z premierą The Bends mianem największej nadziei podręcznikowego alternatywnego rocka (jakkolwiek bezładnie brzmi tego typu kategoryzacja), Radiohead, wymierzyli wszystkim szufladkującym ich twórczość solidnego pstryczka w nos wydając lawirującą pomiędzy dźwiękami syntezatora a strunami gitar Kid A. Jaki wspólny mianownik cechuje tych wszystkich obwołanych zasłużonymi? Innowacyjność, swoista świeżość.

Wokalista, a zarazem autor tekstów, charyzmatyczny, acz posępny frontman najntisowej, slowcore’owej formacji Red House Painters – Mark Kozelek i jego najnowsze dziecko, krążek Benji (zarejestrowany pod aliasem jednoosobowego "zespołu" o nazwie, której etymologii szukać możesz wśród koreańskich bokserów), po przejrzeniu się w lustrze zdecydowanie nie znajdzie w nim żadnego z wyszczególnionych w pierwszy akapicie przymiotów. Muzycznie jest podobnie do wszystkiego, co uszy dotąd słyszały. Wypadkowa doprowadzonego przez lata do niemal perfekcji akustycznego sznytu, przelotnej, choć istotnej i wywierającej wpływ na kształtowanie się Kozelka inspiracji Modest Mouse, którym zresztą złożył niekoniecznie wiekopomny hołd (Tiny Cities). Skąd więc znakomita większość postaci związanych z tym poważnym, kasowym można rzecz recenzowaniem muzyki, wnosi tę nieco ponad godzinną reminiscencję, w której punktem odniesienie jest Ohio, na piedestał?

Naturalnych powodów szukałbym przede wszystkim w niesamowicie osobistym charakterze całego nagrania i, mimo iż szczerość oraz uczuciowy ekshibicjonizm były Kozelkową wizytówką dwie dekady temu, to nigdy wcześniej zamiłowanie do emocjonalnego nudyzmu nie przybrało formy tak bezpośredniej i indywidualnej. Bo przecież ongiś mgliste, na swój sposób poetyckie retrospekcje lat minionych przemycane czy to na grupowym debiucie, czy na wydanym rok później Rollercoaster nijak mają się do serwowanych na tacy, w przypadku Benji, faktów z życia artysty. W taki oto sposób klaruje się przed odbiorcą świat iście zero–jedynkowy, pełen popkulturowych symboli, które mogą być nieco dalsze nam, Europejczykom, niemniej Wujów Samów oblepiają na każdym kroku, bo przecież któż z nich nie kosztował owoców morza w rozproszonej po całych Stanach sieci semi–fastfoodów Red Lobster, przywoływanej w "Dogs", swoją drogą zdecydowanie najbardziej bezpruderyjnej kompozycji w całym dorobku artystycznym Marka. Wreszcie, który nie skojarzy kultowej Corvetty prowadzonej przez skazanego na sześć lat odsiadki za zabójstwo swojej żony staruszka, Jima Wise’a, czy przespał erę emitowanego w krajowej telewizji serialu Happy Days?

Benji to album konceptualny, przemyślany twór spięty klamrą od pierwszego, do ostatniego muśnięcia strun. Intymna opowieść snuta nie przy konfesjonale, a z gitarą w ręku. Ten typ liryki, w której nie ma mowy o żadnym sacrum. Uosobienie pozbawionego chronicznej nieśmiałości Nicka Drake’a wpakowanego w robotnicze, wytarte dżinsy. A tłem, raz jeszcze podkreślam, Ameryka taką, jaką jest. Ze wszystkimi ułomnościami ucieleśnionymi raz w postaciach, na cześć których powstały nostalgiczne hymny takie jak "Carissa", "Truck Driver" i "Micheline", drugi, skryte za maską wydarzeń autentycznych i zarazem wydarzeń tragicznych ("Pray For Newton", "Jim Wise"). Kozelek kupił tłumy czymś tak prozaicznym, doprawdy pierwotnym – urokiem.

Dawno, dawno temu Jim Morrison przekonywał, że film dostarcza swego rodzaju fałszywej wieczności i dzisiaj przyznam mu rację, wręcz zbiję piątkę. Benji z obrazu o słodkim kudłaczu się wywodzi i na swój sposób dziesiątą muzą się stało. Projekcją zaklinającą, zapewniającą właśnie ten wielopokoleniowy byt twarzom dla autora tak bliskim. Takim, do którego każdy z nas układa obraz z niechlujnie porozrzucanych w podświadomości kliszy, zlepków zdjęć. A z racji, że lato nieuchronnie chyli się ku końcowi, bo stoimy niemal w przededniu 22 września, nietaktem byłoby pożegnać się inaczej niż ostatnimi, niesamowicie trafnymi w powyższej sytuacji, wersami z zamykającego płytę "Ben's My Friend" traktującego o relacji reprezentanta Ohio z najjaśniejszą figurą subpopowego The Postal Service: "Another day behind the microphone this summer / This tenderloin summer".

Witold Tyczka    
8 września 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie