RECENZJE

Summer Hymns
Clemency

2003, Misra 5.6

Jako entuzjasta wcześniejszych dokonań Atheńczyków szczerze cieszyłem się na nowy Summer Hymns. A tu przypał, muka, opcja z dupy. Liczyłem, że moi letni pupile zaprezentują się nam z jak najlepszej strony, tymczasem tak jak z przyjemnością i zacięciem broniłem A Celebratory Arm Gesture, tak teraz pozostaje mi zagrać w drużynie malkontentów, już dwa lata temu dostrzegających początki stagnacji zespołu. I choć tamta opinia wydaje mi się niesprawiedliwa, to przyznać muszę, że Clemency jest wtórna i prezentuje się co najwyżej poprawnie. Korzystne według zapewnień lidera roszady – basista Matt Dawson za Dereka Almsteada, gitarzyści Taylor Davis i Matthew Stoessel na miejsce Adriana Fincha, tajemnicze odejście Dottie Alexander oraz pozyskanie na stanowisko producenta Marka Neversa, członka Lambchop – wcale nie odbiły się pozytywnie na wizerunku grupy. Dziś obserwujemy raczej powrót do pierwotnego, zamglonego brzmienia, niż próby rozwinięcia nieśmiało rozpoczętych przy okazji poprzedniego wydawnictwa zabaw z elektroniką.

Rozumiem, że drużyna potrzebuje czasu aby się zgrać, i może trzeba dać im go więcej. Ale skoro tak, to dlaczego kapitan Zachary zdecydował się na wydanie albumu już teraz. Gdyby uznać Clemency za zbiór starych kawałków, odrzutów nagranych na sesji Voice Brother And Sister, czegoś na kształt ściankowych Białych Wakacji, to wszystko byłoby gites. Niestety twórcy utrzymują co innego, twierdząc, że znajdziemy tu wiele nowych elementów, wykreowanych dzięki natchnieniu jakie spłynęło na nich w czasie owocnej sesji w Nashville, gdzie mieli wyjechać z rodzinnych stron właśnie z myślą o intensywnej pracy. Jednak słuchając jej efektów łatwo dostrzec śmieszność tych buńczucznych zapowiedzi. "Be Anywhere" czy "Cold Hamster" są w moim mniemaniu bezbarwnymi i epigońskimi kompozycjami, pozbawionymi jakichkolwiek innowacji. I choć można się tu doszukać atrakcyjniejszych dla ucha osesków ("Upon Your Face"), to poziom Clemency trafniej odzwierciedlają te gorsze. Patent Summer Hymns polegał na spojeniu melancholijnej zadumy z urlopową sielanką. Kolesie przynosili ukojenie od codziennych trosk, zdumiewająco zręcznie unikając banału. Clemency pomimo wykorzystania tego samego brzmienia i haczyków aranżacyjnych rozmija się z tamtym klimatem. Gdy kompozycje nie są urozmaicane hookami z prawdziwego zdarzenia, stają się zwyczajnie monotonne. "This Hip Hop" czy "Eye's" nie goszczą świeżych motywów or some chwytliwych melodii, "co niesie klęskę", wszak resztę znamy już doskonale.

A skoro "kiedyś było inaczej, kiedyś było lepiej", to ja pradawnym zwyczajem wpierw poszlocham nad starymi dziejami. Nie wiem czy pamiętacie, ale linie basu Dereka oraz partie fletu przeplatane wokalizami autorstwa Dottie nieodmiennie radowały nasze serca, przywracając uśmiech. Teraz, gdy ich zabrakło, nie ma nikogo, kto indywidualną akcją, błyskiem geniuszu poderwałby skład do walki. Pustynny obraz całości zostaje dodatkowo zbrukany przez głupawy przerywnik zamykający "Pete Rose Affinity". Zaawansowany wiekiem, podekscytowany jegomość zwraca się tam do swej wirtualnej ofiary słowami "Bang! You're dead. Ha. Technically you're dead. I wish to speak to the dead one". Sposób w jaki rozochocony dziadzio wypowiada te słowa nie jest ani zabawny, ani poruszający, ani smutny, a zwyczajnie głupawy. "Bo tam, na tym polu, to uprawiano zboża wszelakie. A dziś jak okiem sięgnąć jeno bydło się pasie" – z proklamowaniem tego typu kwestii kojarzy mi się ten folkowy głos.

Nietrudno zatem zrozumieć zaskoczenie, jakiego doświadczyłem przy pierwszym spotkaniu z "I Erase". Mowa o absolutnie magicznej, trwającej zaledwie siedemdziesiąt cztery sekundy, poruszającej impresji osnutej na oparach mistycyzmu rodem z Dongs Of Sevotion, na którą natrafią wytrwale słuchający Clemency. Niepokojąco rozedrgane przejście z "Wet Mess" zwiastuje coś ekscytującego. Tajemnicze pomruki z zaświatów oplatające pulsujący bit, rozklekotane klekotki i pojedyncze dotknięcia strun akustyka prowadzą nas przez wibrującą przestrzeń, gdzie przewodnikiem jest złamany głos Grashama skarżący się "He's gone and I erase. He's gone and I erase. Clemency, ohh Clemen... cy". Z rozdziawionymi ustami, zdruzgotany ogromem uczucia, jakie Zachary zdołał zawrzeć w tak krótkim czasie, spoglądam na jak zwykle ręcznie opisaną okładkę. Przy dwunastym numerku widnieje przekreślona dwukrotnie sylaba (może "Cle"), prawdopodobnie z rozpędu błędnie napisany tytuł piosenki, a obok ten właściwy, ujęty w cudzysłów. I niech mnie kule biją, ale stawiam ten utwór co najmniej tak wysoko, jak najlepsze fragmenty Voice.

"I Erase" nieszczęśliwie jest zaledwie wyjątkiem, lecz wraz z kilkoma świeżymi melodiami pozwala przychylniej spojrzeć na Clemency. Jest to zdecydowanie najsłabsze dzieło w historii grupy z Georgii, a mimo to wciąż prezentuje poziom, jakiego nie mogą się wstydzić. Muzyka dla wielbicieli starych westernów, pełni księżyca, piaskowego pyłu w oczach i uszach oraz dla wiecznych kontemplatorów.

Jacek Kinowski    
20 września 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie