RECENZJE

Summer Hymns
A Celebratory Arm Gesture

2001, Misra 7.5

Jak bym miał Wam powiedzieć po pierwszym przesłuchaniu co sądzę o A Celebratory Arm Gesture, to pewnie wycedziłbym coś w stylu: "no, niby fajne, Summer Hymns – wiadomo, ale jednak dużo słabsze od Voice Brother And Sister". Gdyby ktoś, tak wprost, spytał mnie wtedy z lekka podnieconym głosem, co sądzę o omawianej płytce słowami: "no i co?", powiedziałbym mu: "no i nic!". Ale gdyby spytał mnie o to samo dziś (a teraz?!), to usłyszał by już zupełnie co innego. Pozwólcie Kochani Moi, że swoją relacją podzielę się z Wami, przytaczając rozmowę ze znanymi powszechnie dziennikarzami.

Mateusz: Dzisiaj w magazynie "Super Gol" gościmy recenzenta niezależnego portalu internetowego traktującego o muzyce, Jacka Kinowskiego, prywatnie fana footballu, a także dziennikarza "Przeglądu Sportowego", Romana Kołtonia. Jacku, podobno miałeś okazję zapoznać się z zeszłoroczną propozycją bandu Greshama, czy mógłbyś nam teraz powiedzieć w jakiej formie znajduje się zespół?

Roman: Właśnie, jesteśmy bardzo ciekawi.

Ja: Drodzy Państwo, panowie redaktorzy. Ta płyta jest na pewno dobrą i wyróżniającą się pozycją na naszym (niestety nie krajowym) rynku. Po wspaniałym debiucie z 2000 roku (Voice Brother And Sister) grupa powraca z naprawdę solidnym albumem. Mamy tu niecałe trzydzieści sześć minut, za to po brzegi wypełnionych interesującymi dźwiękami. Zaczynają w swoim stylu. Krótka przygrywka i już wchodzi pierwszy motyw. "One More Teardrop", bo tak się ten utwór nazywa, jest zdecydowanie godnym reprezentantem tego krążka. Czterej panowie, wspomagani przez grającą na klawiszach, flecie i klarnecie Dottie Alexander, generalnie śmiało podążają ścieżką, jaką sobie wytyczyli dwa lata temu. Nie mamy tu w zasadzie żadnych nowych elementów względem poprzednika. Chodzi mi o to, że jakby nie patrzeć, albumy są zrobione na to samo kopyto. Oj, najmocniej przepraszam za eufemizm.

[Roman chichocze wniebogłosy, natomiast Mateusz uśmiecha się w kierunku drugiej kamery na swój specyficzny sposób. Przeczekawszy nieco rechot Romana podejmuję wątek.]

Słyszymy tu po prostu ładne, krótkie kompozycje, okraszone najrozmaitszymi efektami, jak choćby ten z początku "Closure Eyes", przypominający gwizdanie na polnej trawce. Zachary (chwilami wspomagany przez Dottie i gitarzystę Adriana Fincha) wyśpiewuje nam nostalgiczne, kojące teksty, traktujące głównie o codziennych problemach, szczególnie eksponując fakt permanentnego braku czasu i trudności we wzajemnym zrozumieniu. Czyni to jednak w taki sposób, że nawet gdy się żali, i tak wychodzi na to, iż generalnie życie jest piękne, a on odnajduje w nim radość. W tej sytuacji można nawet powiedzieć, że słuchając Celebratory mogą Państwo podreperować swoje humory. Oczywiście melodie też są urocze, a linie basu Dereka Almsteada to już prawdziwa rewelacja. Czyli innymi słowy kopyto mają fajne, więc póki stać ich na nowe pomysły i nieciasno im w swojej muzycznej enklawie, to dla mnie bomba!

Mateusz: Jacku, przed chwilą użyłeś słowa enklawa, czy mógłbyś nam wyjaśnić co dokładnie miałeś na myśli?

Roman: [Dopiero teraz przestaje się śmiać.]

Ja: Ależ panie Borek, panie Borek, zrobię to z prawdziwą przyjemnością. Chodzi mi tu o kryterium oryginalności. Posłużę się pewną analogią. Jak wiadomo, ci najlepsi mają to do siebie, że są jedyni i niepowtarzalni. Jednak także wśród tych odrobinę słabszych znajdujemy indywidualności. I tak na przykład, już na długo przed mistrzostwami doskonale wiedzieliśmy, że Irlandia nie zdobędzie pucharu, a jednak ujęli nas swoją ambicją, determinacją i umiejętnością tworzenia doskonałego widowiska. Podobnie jest w tym wypadku. Wiemy, że Summer Hymns nie włączą się nigdy w walkę o tytuł najlepszego zespołu naszego globu, a mimo to posłuchać ich to prawdziwa przyjemność. Są zjawiskiem godnym zauważenia i docenienia. Fajni, a do tego oryginalni. Podobnie jak Damien Duff i spółka.

Mateusz: Jacku, mówisz o tym, że na drugiej płycie zespół nie proponuje nam niczego nowego. Czy rzeczywiście tak właśnie jest?

Roman: Jesteśmy ciekawi, czy takie panują teraz w Porcys nastroje.

Ja: A to ciekawe pytanie. No właściwie jedyna rzecz, którą zmienili, to lekki rozbrat z psychodelicznymi szumami, do których nas przyzwyczaili. Nie jest to jednak rozwód, ale powiedziałbym taka separacja, w której dość często dochodzi do spotkań. Wyglądają one nieco inaczej niż dawniej, ale wciąż mają miejsce. Nowym elementem są także wstawki elektroniczne. Wśród nich warto zwrócić uwagę na kończący album "The Daybreak", którego, jak już ktoś wcześniej trafnie zauważył, bardziej spodziewalibyśmy się w repertuarze Boards Of Canada. Poza tym, ograniczając rozmaite pogłosy, czy piski, zespół uzyskał czyste brzmienie. Kojarzone z nimi do tej pory słówko "hazy" przestało teraz pasować. Tak, czy siak, wyszło naprawdę dobrze i trudno tak gdybać co by było, gdyby swój materiał, nagrany przecież przeważnie na żywych instrumentach (i to wielu), zmiksowali bardziej "surowo" czy, rzekłbym, mniej komputerowo.

Mateusz: To trochę tak jakby zastanawiać się co by było, gdyby Michael Ballack mógł zagrać w finale na National Stadium w Tokio przeciwko wielkiej Brazylii?

Roman: Może wtedy zdołał by dograć dwie, trzy, cztery dokładne piłki a nasz Mirek Klose zamienił by je na bramki!!!

Ja: No, wydaje mi się, że na to pytanie jest raczej klarowna odpowiedź, to znaczy: tego dnia ani gwiazda Bayernu, ani Miroslav by Niemcom nie pomogli, ale widzę, że z grubsza zrozumieli panowie o co mi chodzi.

Mateusz: Jacku, powoli musimy kończyć naszą rozmowę, bowiem mamy jeszcze zamiar połączyć się dzisiejszego wieczoru z bramkarzem zespołu angielskiej Premiere League Jurkiem Dudkiem, a także selekcjonerem naszej drużyny narodowej Zbyszkiem Bońkiem.

Ja: W takim razie, jeśli pozwolisz, szybciutko wtrącę jeszcze słóweczko. A Celebratory Arm Gesture to płyta, na której wszystko do siebie zgrabnie pasuje. Poczynając od okładki, poprzez najdrobniejsze motywy, na harmoniach kończąc. Kompozycje są przejrzyste, a motywy bez trudu może Pan zanucić kibicom, na przykład w czasie powtórek najładniejszych akcji z pierwszej połowy. Co prawda Zbigniew Boniek powiedział kiedyś, że gole same się najlepiej komentują, no ale chyba takie lekkie pogwizdywanie nikomu by nie zawadzało.

Mateusz: He he. Na zakończenie: czy mógłbyś nam wskazać swój ulubiony utwór na płycie?

Ja: Miałbym ciężki wybór między "Trolling On The Lake" (którego wielkim atutem jest to, że przypomina klasyka zespołu, "New Underdressment"), a refleksyjnym "Closure Eyes" z fajnym tytułem, tekstem, wspomnianym świstem na trawce, ślicznym pianinkiem i wbijającą się w pamięć frazą "If time was a friend of mine / Maybe I could change your mind". Tak, teraz doszedłem do wniosku że jednak "Closure Eyes" jest najlepszy.

Mateusz: Skoro tak, to niech tak będzie. Dziękujemy bardzo za przyjęcie zaproszenia do naszego studia.

Roman: Tak, i jeszcze raz dziękujemy.


PS1: Tego "Super Gola" nie było.
PS2: Nie ma już "Super Gola" ("Piłkarski Salon"); nie ma już Bońka (nie wiadomo).

Jacek Kinowski    
12 grudnia 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja