RECENZJE

Sufjan Stevens
The Avalanche

2006, Asthmatic Kitty 5.3

Nie wiem czy to właściwa konwencja pisania o nowej płycie Sufjana, ale jest mi zwyczajnie żal i nie potrafię się wznieść ponad mój emocjonalny stosunek do Avalanche i związanego z nim rozczarowania. Sufjan miał zbawiać muzykę, dawać nadzieję zdradzonym, ukojenie skrzywdzonym. Nikt go do tego nie zmuszał, sam wziął na siebie to brzemię nagrywając albumy takie jak Michigan i Seven Swans. Tymczasem coraz bardziej wygląda to tak, że wdziawszy dżinsowe farmerki i słomiany kapelusz, koncentruje się pan Stevens na doglądaniu swej muzycznej działki, dbaniu o aranżacyjne dynie i instrumentalne patisony, zapominając o swym prawdziwym powołaniu. Zapewniał niegdyś Grek, że nie uświadczysz u Sufjana wypełniaczy, nawet Borys przyznawał rok temu, że próżno szukać na Illinois zmarnowanego kawałka. Na Avalanche oba te zjawiska debiutują, jeśli chodzi o twórczość Amerykanina i od razu zyskują sobie pozycję dominującą.

Nie rozumiem pojęcia "niezobowiązującej" płyty. Artysta tej klasy powiniem dbać o swoją spuściznę. Po co dzieli się ze słuchaczami utworami mniej udanymi, odrzuconymi podczas sesji? Że fani i tak odnajdą sobie parę miłych fragmentów? Odbieram wydanie Avalanche i z przykrością to mówię, za działanie koniunkturalne, wynikające z aktualnego "bycia na topie". Przy czym nie zauważa chyba Stevens, że powoli zaczynamy mieć dosyć tych samych, choć różnie zaaranżowanych, piosenek. W ogóle kwestia aranżu, instrumentalizacji. To jest umiejetność na granicy sztuki i rzemiosła. Na Michigan przepych brzmieniowy był czymś świeżym i atrakcyjnym. Następnie narzucił sobie Sufjan pewne granice, kolejna płyta intrygowała oszczędnością w korzystaniu z dźwięków. Illinois to świadectwo kompozytorskiego rozwoju artysty i znalezienie chyba perfekcyjnej formy dla jego muzycznych pomysłów. Avalanche to tryumf rzemiosła. Trzy wersje "Chicago" zamieszczone na nowej płycie, sprawiają wrażenie wprawki, popełnionej przez studenta kompozycji wyższej uczelni muzycznej. To przecież oczywiste, że świetna piosenka zabrzmi dobrze, zagrana tak czy siak. Czemu Sufjan tak to eksploatuje? Teraz, gdy posiadł umiejętność łączenia w zgrabne ansamble tych wszystkich pianin, wibrafonów, klarnetów etc., może produkować dosłownie setki mile brzmiących piosenek i intermezzów o beznadziejnie długich tytułach. Tyle, że jest to dla niego pułapka, bo nie tędy prowadzi droga. W końcu nikt się chyba instrumentalizacyjnymi fajerwerkami nie najadł i nie naje. Bez znaczenia jest to, czy wystawię Avalanche złośliwie ocenę czwórkową, jadącą na sentymencie szóstkę czy oddającą niezły w końcu poziom wydawnictwa piątkę. Mówiąc o albumach Sufjana, każda ocena poniżej 7.0 jest rozczarowaniem i porażką.

Piotr Piechota    
24 października 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja