RECENZJE

Sufjan Stevens
Seven Swans

2004, Sounds Familyre 7.5

Są płyty, które potrafią zamglić oczy. Greetings From Michigan: The Great Lake State, trzecie opus wydawniczego dorobku amerykańskiego avant-folkowca działającego na Brooklynie, było taką płytą. Po raz pierwszy odsłuchałem ją którymś późnym styczniowym wieczorem, rozbity pechowym biegiem życiowych wypadków i zrezygnowany cholernym przemijaniem. Sufjan Stevens, ze swoim łagodnym, chłopięcym głosikiem, natychmiastowo zauroczył mnie młodzieńczym, idealistycznym podejściem i stał się jedną z moich ulubionych żyjących postaci. Od "Flint (For The Unemployed And Underpaid)", przez "Holland", po "Romulus" album hipnotyzował ascetyczną w wyrazie, lecz błyskotliwie barwną folkową aurą. Ale była to także kolekcja emanująca ciepłym, pozytywnym klimatem: utwory w rodzaju "All Good Naysayers, Speak Up! Or Forever Hold Your Peace!", "Detroit, Lift Your Weary Head! (Rebuild! Restore! Reconsider!)" lub "They Also Mourn Who Do Not Wear Black (For The Homeless In Muskegon)" poprzez cudownie nieregularne metra i wykwintną, troskliwą instrumentację ewokowały zamiłowanie do symbiozy z naturą, uruchamiając obrazy ośnieżonych drzew, marznących dziewiczo stawów tudzież pląsającej beztrosko nieopodal zwierzyny. Pod często skoczną i radosną warstwą muzyczną, prowokującą standardowe porównanie "Elliott Smith spotyka Stereolab", kryły się wszakże boleśnie zaangażowane, niewinnie tęskne teksty.

Wraz z epokowym Michigan, Stevens wspiął się bowiem ambitnie na posadę najistotniejszego obecnie singer/songwritera na świecie, zgłębiając zagadnienia kapitalistycznego wyzysku biednych, zanieczyszczenia środowiska przez bezwzględny przemysł i rozpadu rodziny, i co najważniejsze, będąc zdolnym przekształcić indywidualne, subiektywne doświadczenie w szerszą, uniwersalną, społecznie jednoczącą jakość. Na Seven Swans, jakkolwiek, artysta prezentuje daleko bardziej intymny i osobisty punkt widzenia. Mimo wcześniejszych żartobliwych deklaracji odnośnie zamiaru stworzenia ody pokroju Michigan dla każdego stanu z osobna, czwarty (wcześniej były folkowy debiut A Sun Came z 1999 i elektroniczny, prawie-IDMowy sofomor Enjoy Your Rabbit z 2001) album Stevensa, choć kontynuuje wątek dzieł koncepcyjnych, porusza zupełnie inną problematykę. To jego Slow Train Coming – przejmujące wyznanie chrześcijańskiej wiary, opowieść o przywiązaniu do tradycji i kulturowych źródeł wartości. Zamiast jednak rażących uogólnień albo odpychających fanatyzmem wniosków, Sufjan w swoim stylu kreuje kontekst poprzez swobodne, naturalne strzępki wspomnień, mądre nawiązania symboliczne oraz szczere obserwacje, follow-upując tematycznie "Oh God, Where Are You Now? (In Pickeral Lake? Pigeon? Marquette? Mackinaw?)".

Prosty, acz charakterystycznie wysmakowany, repetycyjny motyw banjo zaczyna album na nucie skoncentrowanej, wyczulonej medytacji. "If I am alive this time next year / Will I have arrived in time to share?", śpiewa/szepce typowo markową, łamiącą-serce melodię Sufjan. Inaczej niż na Michigan, gdzie Sufjan akompaniował sobie luzacko na (dokładnie) dwudziestu pięciu instrumentach, oprawa Seven Swans została ograniczona do absolutnego minimum, choć niby wszystkie elementy decydujące o unikatowym, zwiewnym brzmieniu poprzednika tu są: refleksyjny fortepian, żeńskie onomatopeje wokalne i zwłaszcza dominujące w opracowaniach, wiodące w skali całości banjo. Faktyczna skromność aranżacyjna odbiera wspaniałą hojność Michigan, natomiast sedno wciąż tkwi w płaszczyźnie autorskiej. Stopniowo, unikając sekundy przestoju, "All The Trees In The Field Will Clap Their Hands" rozwija się wdzięcznie. "The Dress Looks Nice On You" umiejętnie podtrzymuje nastrój dla jeszcze piękniejszych rezultatów. Splecione arpeggia, zdwojony voice w kanałach i akordeonowy mostek ujmują lekkością. Dwa utwory wewnątrz albumu, Sufjan nie sięga nawet po perkusję, by wypreparować estetycznie paraliżujący trans. Boeoeoess. Materiał do końca będzie zadziwiająco solidny, zainspirowany i mistyczny.

Nareszcie można o kimś z czystym sumieniem i świadomie powiedzieć "z Elvrumem koledzy już będą, już są". Pomijając kwestię podobnego zainteresowania współbyciem z przyrodą oraz organiczną, namacalną wrażliwość, Stevensowi udaje się w równie zachwycający sposób ukuć za pomocą tak samo zredukowanych, akustycznych środków hermetyczny, oryginalny świat dźwiękowy, który całkowicie przekonuje. Ponadto umie on identycznie efektywnie zamienić własne słabości na siły: operując dość surowymi, powtarzalnymi tematami melodycznymi sięga wyżyn dostępnych czołowym balladzistom ever. Seven Swans (staranna aliteracja w grze słownej z nazwiskiem) to wyciśnięcie esencji jego znaku firmowego, udowadniające masakryczną klasę pieśniarza co chwila: w wiedzionym czystym przesterem gitarowym lamencie "Sister", w paraliżującej metafizyczną psychozą modlitwie "Abraham", w urzekającym odważnym obrazowaniem objawieniu tytułowym. Wszędzie. Stąd słuchanie Stevensa to misja. Nasza era cierpi generalnie na brak wysokiej klasy singer/songwriterów; okresem rozkwitu stylu i wysypu jego reprezentantów były lata dziewięćdziesiąte. Aktualnie jednak pewne ożywienie wprowadził ruch neo-folkowy, ukazując grono utalentowanych i godnych uwagi wykonawców. Sufjan jest, przypuszczalnie z pewnym zapasem, najznakomitszym z nich.

Borys Dejnarowicz    
15 lipca 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie