RECENZJE

Sufjan Stevens
Come On Feel The Illinoise

2005, Asthmatic Kitty 7.9

Sufjan Stevens ma zamiar nagrać po jednej płycie w hołdzie każdemu ze stanów USA. Hm. Z tego co się orientuję, stanów w samych granicach kraju jest 48. Z położonymi "luzem" Alaską i "Aloha State" daje to już 50. Aha, i wliczamy dystrykt Kolumbii? Wtedy mamy razem 51 stanów. (Dobrze, że do gry nie wchodzą "terytoria zależne" w rodzaju Portoryko lub Wysp Dziewiczych!) Do dziś gość wydał dwa z planowanej serii albumów – spore osiągnięcie, ale wciąż zostaje mu niemal pół setki do zrobienia! Nie trzeba być strasznym kujonem z matmy, żeby obliczyć, iż nasz drogi poczciwiec (obecny wiek: trzydziestka) ma realnie niewielkie możliwości na zrealizowanie swojego ambitnego projektu. Dostarczając kolejne rozdziały epopei w dotychczasowym tempie, czyli co dwa lata, przypieczętowałby dzieło w roku 2103, ze stu dwudziestoma ośmioma wiosnami na karku. Słyszałem niegdyś, że nieoficjalnie najdłużej żyjącym człowiekiem w dziejach był jakiś tybetański mnich, który aby przekroczyć magiczną barierę "125" musiał odżywiać się korzeniami i źródlaną wodą. Średni wiek życia mężczyzny to zdaje się około 68 lat. Żadnych szans. Chyba, żeby przyśpieszyć nieco cykl twórczy, powiedzmy dwukrotnie. Lecz to również pozostawia nas z mało wiarygodną perspektywą finału w 2054, kiedy artysta byłby 79-latkiem. Zerknijmy zatem na wariant radykalnej akceleracji: Sufjan staje na rękach i wypluwa po dwie odsłony układanki rocznie, w efekcie dobijając brzegu w 2030, mając lat 55. Ktoś w to wierzy? I zauważcie, że nie biorę nawet pod uwagę wypadków losowych (odpukać)! Obstawiam raczej, że Stevens nigdy nie ukończy monumentalnego zamysłu, jak Balzac, i po jego śmierci świat jeszcze długo będzie spekulował "co by było".

Och, Illinois. Najwyższa pora wspomnieć o nowym krążku Sufjana, piątym w ogóle, a drugim z rzeczonej talii "stanów", zatytułowanym... Właśnie. Jak? Z boku okładki widnieje Illinois, a na froncie Come On Feel The Illinoise. Wolę wersję drugą – w sumie zawsze bardziej cool jest powiedzieć "ehm, jedna z moich ulubionych płyt roku to Come On Feel The Illinoise", niż po prostu "jedna z moich ulubionych płyt roku to Illinois". (Literka "e" dodana do nazwy stanu intryguje.) Ponadto, poza kwestią bycia cool, należy chyba potraktować całą sprawę z tytułem analogicznie do sytuacji z Michigan, gdzie potoczny tytuł był jedynie kluczowym słowem z pełnego tytułu tamtego albumu. Podobieństw między oboma dziełkami jest zresztą więcej. Właściwie, słucha się jakby następnej części tego samego. Trzeci kawałek (komuś chce się wstukiwać te absurdalnie długie tytuły?) jedzie na *identycznym* asymetrycznym riffie pianina co "All Good Naysayers", trochę tylko zwolnionym. "Chicago" spełnia tę samą, organizującą, centralną rolę, co "Detroit". Barokowe aranże znów prześcigają się w ozdobnikach. Gdybym był kiepskim writerem, pewnie o różnicach napisałbym: "Ta nowa to więcej minut, mniej zimowego klimatu (czytaj: dzwonków) i więcej nadziei kosztem smutku". Spoko, to wszystko przemyślany w najdrobniejszych szczegółach plan! Gdy schodząc w dół mapy solista zawita do wieśniaków z Arkansas, jego muzyka nabierze cech radosnych tańców country, zakład. Ale, wracając do tematu. Więc skoro to zaledwie autoplagiat z Michigan, w dodatku słabszy w piosenkach, to skąd te pochwały – zapytacie. Well, widzieliście kiedyś Sufjana? Jak moglibyście go nie kochać. Plus, koleżka nie spieprzył ani kawałka w ciągu 75 minut. Umiecie tak? "We're gonna mean every fucking word!", i ten mistrzunio dokładnie to uskutecznia. Za tę konsekwencję.. kolego, no kolego.

Borys Dejnarowicz    
9 września 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja