RECENZJE

Suede
A New Morning

2002, Sony Music 5.1

Brytyjska scena od dziesięciu lat jest żałosna w porównaniu do amerykańskiej, ale kiedy jeszcze nie wychodzi żadna płyta Beatlesów, Floydów albo Radiohead robi się naprawdę dramatycznie. A teraz uwaga: w 2002 nie ukazał się nowy album Beatlesów, Pink Floyd albo Radiohead. I jak prezentuje się tegoroczny dorobek muzyczny Wysp wszyscy chyba wiemy. Tragicznie. Można chyba zaryzykować stwierdzenie, że kiedy sukcesy święcili Pulp, a swoją karierę zaczynał Suede nie było jeszcze najgorzej. Takich płyt jak His'N'Hers czy self-titled debiutu formacji Bretta Andersona słuchało się z niekłamaną przyjemnością. Natomiast obecnie wszędzie tylko Coldplay, Travis, Starsailor i Doves. Nudy jak okiem sięgnąć. W ubiegłym roku doszło nawet do tak paradoksalnej sytuacji, że najlepszą "brytyjską" płytą było Streethawk: A Seduction kanadyjskiego zespołu Destroyer. Jakby tego było mało, do niskiego poziomu dostosowały się jeszcze teraz Supergrass (nie podzielam zachwytów części redakcyjnego koleżeństwa nad płytą tej grupy) i wspomniane Suede.

W normalnej sytuacji powiedziałbym, że z A New Morning jest jeden podstawowy problem – gdzieś już to słyszałem, słyszałem to dziesięć lat temu, ten sam bas, ta sama perkusja. Ale ja nie jestem ostatnim naiwnym i po nowej płycie Suede niczego przełomowego się nie spodziewałem. Tak między nami, nawet się nad tym nie zastanawiałem, ale gdybym już to robił pewnie oczekiwałbym właśnie tego rodzaju grania. I bynajmniej nie czyniłoby to ze mnie kolejnego serwisowego proroka (kiedyś przeczytałem, że w recenzji Wilco Borys przewidział wrześniowe zamachy i od tamtej pory trochę się go tu w Porcys boimy) – Suede zawsze brzmiało właściwie tak samo.

Mianowicie jest to granie bardzo silnie inspirowane balladowym Davidem Bowie, równocześnie przetwarzające brit-rockową tradycję lat 80-tych spod znaku The Smiths na swój melancholijny sposób. I mimo, że właściwie od samego początku formacja zrezygnowała z wielkich ambicji na rzecz tworzenia muzyki niosącej ogromną porcję urokliwych melodii, zdradzających spory songwriterski talent, jak i będącej, pośrednio właśnie dlatego, niestety wtórną i przewidywalną, wydawało się, że funkcjonowanie takich grup jak Suede jest głęboko uzasadniona. Miło czasami sięgnąć po materiał, który w Stanach nigdy by nie powstał, a już na pewno nie zaistniał, dostarczający błogiego wytchnienia od tego całego niezal-rockowego wymiatania. No co? Czy wszyscy powinni być wielcy? Zwłaszcza, że wczesne wcielenie Suede, jeszcze to z Butlerem nie tylko chciało dostarczyć nam tego wytchnienia. Oni mieli ku temu potencjał.

Dziesięć lat temu się udawało. Teraz jakoś gówno z tego wychodzi i jest to może trochę smutne. Gdzie się podziały te zajebiste melodie, przy których myślało się tylko o letnich spacerach z dziewczyną? Gdzie się podziały te pogodno-psychodeliczne aranżacje sprawiające, że nie była to wcale kolejna całkiem standardowa kapela, tylko interesujący, młody zespół? Gdzie się podziały tamte prywatki i Wojciech Gąsowski z zespołem Test*? To już było i nie wróci więcej. Zadatki na świetny kawałek ma "Positivity", otwierający A New Morning. Z zastrzeżeniem oczywiście, że jest to melodia żywcem wyjęta z pierwszej płyty Suede i trzeba jakoś przełknąć jej podwójną wtórność. Gdyby tak wyglądała całość, nie byłoby jeszcze powodów do narzekań, ale później jest w przytłaczającej większości znacznie gorzej. Chociażby "Lonely Girls" – brit-popowa adaptacja ludycznej pieśni "Wykaz", doprawdy niezbyt porywające smędzenie.

Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości jak brzmi nowy album Suede? Hm, jakby to w takim razie najprościej wytłumaczyć. Może tak: wystarczy wstać rano, gdzieś tak w przedziale od siódmej do dziesiątej. Następnie myjemy zęby i przygotowujemy śniadanie. Warto puścić sobie coś w tle. Czy wy też dzielicie mieszkanie z osobą (osobami), które na dźwięk debiutu Clash udzielają komentarza: "they live up to their name"? Nie pozostaje nic innego tylko włączyć Trójkę, a tam z miejsca wyruszamy w żeglugę po upragnionym pop-rockowym morzu. Kiedyś zastanawiałem się co to są za grupy, którym chce się wchodzić do studia i nagrywać takie bezpłciowe, radiowo-śniadaniowe gnioty. No i mam odpowiedź: brit-popowi weterani zarabiają na kawałek chleba. Wyobraźcie sobie jakie życie miałby Anderson w domu, gdyby chodziło mu tylko o nagrywanie dobrej muzyki. "Brett, ostatni album wydaliście w 94 roku, dzieci płaczą, nie ma co do garnka włożyć. Kochanie, nie bądź takim idealistą do cholery". A nie, zapomniałem: lider Suede jest gejem. No to widocznie nagrał słabą płytę po prostu.


*Uwaga. Nominacja do zdjęcia wszechczasów. Podaję adres: Encyklopedia Polskiego Rocka; Jan Skaradziński, Leszek Gnoiński; wyd. 1996 r.; strona 399. Przepiszcie namiary, znajdźcie pierwsze wydanie i przygotujcie się na szok.

Michał Zagroba    
20 listopada 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy