RECENZJE

Strong Arm Steady
In Search Of Stoney Jackson

2010, Stones Throw 6.7

ŁŁ: Przysięgałem Wojtkowi, że dostanie werbalny wpierdol (semantyczny Paganini, liryczny wandal) jak mi podsunie piątkową płytę do recenzowania. Wybór SAS obarczony był zatem presupozycją, która z przekory kazała mi nie zachwycić się tym albumem, i tak też stało się za pierwszym przesłuchaniem, nawet nie całościowym. Wstyd się przyznać, ale ekipy nie znałem, a sam Madlib na bitach mi płyty roku nie zrobi. Tym większe zatem moje zdziwienie, że straszny kozak, ten album, i zyskuje z każdym odsłuchem. Tu jakieś klipsowe szczeknięcie, tu jakiś gotowy Notorious w mikrosamplu, wszystko buczy po Madlibowemu, który to zresztą jest w naprawdę świetnej formie. W ogóle, gdyby wyrzucić stąd ze 4, 5 odstających kawałków i zrobić jakiś ekstrakt, Guided By Voices albo, heh, Madvillainy , to bym się rozpływał do końca wiosny. I mimo, że płyta cierpi z powodu przegadania, nie jest to ból na tyle dojmujący, by nie przyklasnąć. Dobre ziomy, a i debiut niczego sobie.

FK: Stones Throw to niewątpliwie przefajna wytwórnia ze stajnią inspirujących siebie i pomagających sobie nawzajem wesołych kolesi w czapkach z poziomymi daszkami, ale powoli ta konwencja zaczyna mnie męczyć. Ostatni, który wprowadził świeże motywy i style był Koushik ze swoim Out My Window, tyle, że nie dał rady songwritersko A poza tym duch Madliba i Peanut Butter Wolfa unosi się nad katalogiem i Strong Arm Steady również wydają się nim przytłoczeni (oraz w ogóle obecnością na bitach tego pierwszego). Nie zrozumcie mnie źle – słucha się tego przesmacznie, a pewne szczegóły bronią tezy, że to oryginalni i mądrzy kolesie, ale ja się zagłębiam w szczegóły, jeśli album wymiata generalnie.

AG: Dwie rzeczy jawią się oczywistymi już od pierwszego przesłuchania: to mocarny album, to album o dziesięć minut za długi. Gdzieś pośrodku ekipa dostaje zadyszki, Madlib zapodaje smęty – gdyby wyciąć to i zostawić resztę, byłaby płyta do puszczania na ripicie, jedna z tych kilku pojawiających się co roku, które potrafią przejść i dziesięć razy, bo nikomu z obecnych w pomieszczeniu to nie przeszkadza. Niestety to rapgra, rozmiar się liczy i są tu ze mną moje taliby (Kweli), więc wizje czołówki 2010 rozwiewają się, a pozostają solidne sample żywych instrumentów oraz sample telewizyjne z epoki Lucille Ball i flow na poziomie.

MZ: Różnica pomiędzy Strong Arm Steady a ekipami, z którymi muzycznie można by ich skojarzyć, czyli tym co się dzieje wokół Madliba i w ogóle w ramach Stones Throw, polega na tym, że na tle tych psychodelicznych podkładów nawijają RASOWI raperzy, a przez rasowość rozumiem ten właściwy timbre, dobitność przekazu i feeling lat 90-tych – Ghosta i Wu-Tang, Mos Def i Nasa, a nie na przykład J Dillę, Mursa, Sluga, Count Bassa D albo Nicolay. I to jest orzeźwienie. Misternym splotom poszatkowanych smyczków w bajkowej osnowie, jazzującym frazom pianinka, przymglonym cichutkim orkiestracjom, przyprawom z dzwonków i piszczałek nareszcie towarzyszy rap z prawdziwego zdarzenia. Co fajne, gdzieniegdzie mamy soulowy vibe, zwykle w formie ozdób w podkładach, a czasem z żywą pierwszoplanową wokalizą, jak w wybornym openerze "Best Of Times". Do tego urozmaicający zestaw vintage sampli – odkurzonych rupieci z szafy Madliba. Im dalej w las, tym bardziej ten las przypomina betonową dżunglę, atmosfera się zagęszcza, robi się ulicznie (no Clipse nieomal), czarni wyciągają spluwy ("Get Started"), beaty stają się cięższe, tracki bardziej chaotyczne i chyba trochę żal, że tak długo to pociągnęli.

Aleksandra Graczyk     Łukasz Łachecki     Michał Zagroba     Filip Kekusz    
10 marca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie