RECENZJE

Strokes
Room On Fire

2003, RCA 4.7

Około dwóch miechów temu w imprezowym zgiełku dobiegł mnie nowy singiel Strokes. Kazałem wszystkim się zamknąć i podgłośniłem telewizor. Przymknąłem powieki, żeby nie uronić ani dźwięku. Perkusista wybijał proste 4/4, jak zawsze. Wokalista chrypiał tak "trendy" jak tylko potrafi. Gitarzysta rytmiczny bił struny od góry w jednostajnej, repetycyjnej manierze. W instrumentalnym chorusie bębny wspomagały oklaski. Drugi gitarzysta imitował melodyjkę syntezatora, choć tak naprawdę ledwie podłączony do specjalnego efektu w walizce. Linia wokalu szła unisono: sztuczna, kanciasta, niby zwyczajna. Raptem mostek kupił mnie namiętną progresją. Ten szerszy, niemal-klawiszowy sound pasował kapitalnie. Jechało. Mogłem wyczuć jak bardzo spodoba mi się za drugim, piątym, dziesiątym razem. Dwie minuty i to już. "12:51" zostawiło mnie z męczącym tematem marketingowego sukcesu Strokes, i odmiennego oblicza drugiej płyty. Wróciłem myślami do ostatnich dni 2001. Och, nie, brytyjskie pisma. Wróciłem z powrotem do 2003.

Strokes są w znacznym stopniu formacją perfekcyjnie modelową. Mają charyzmatycznego wokalistę, który zawodzi nietypowo przepitym jak na tak młody wiek timbre. Casablancas jest klasycznym frontmanem. Laski sikają po nogach gdy wkracza na scenę. By dysponować swobodą prezencji, Casablancas nie absorbuje się przewieszoną przez ramię gitarą. Wciąż, jest Jimem Morrisonem, bo pisze te wszystkie piosenki. Boss. Może reklamować męskie perfumy. Mają gitarzystów tak sprawnych, że są w stanie obijać się o siebie, o kolumny, o Casablancasa w trakcie występu. Valensi i Hammond Jr. technicznie trzymają całość za zęby. Mają sekcję, jakiej pozazdrościłby niejeden band. Niedoceniony basista Fraiture śmiga z werwą, czytelnie i dokładnie. Zespół jest zwarty i gotowy. Oto, zwarte i gotowe, stoją przed wami dzieciaki Nowego Jorku, w nonszalancko potarganych fryzurach i modnych ciuchach. Ale zaraz, toż to monotematyzm! Tak, lecz to integralny, nierozerwalny pierwiastek ich boskości. Również barokowy ozdobny niebieski wzór na tle ognistego, pomarańczowego wypełnienia ma zapewnione miejsce w historii popkultury. Strokes: zawsze musi istnieć grupa, na którą można wszystko zrzucić.

[Fabrizzio Moretti to nieco osobny rozdział. Gość gra na perkusji ponoć od wieku pięciu lat. W krótkim czasie medialnej obecności Strokes, zbudował styl na tyle wyrazisty, że zafunkcjonował jako punkt relacji do innych drummerów. Mówiąc "zagraj to prosto, jak Strokes", masz na myśli bit Morettiego. Bit ten kumuluje ponadczasowe bity rocka, a następnie dokonuje ekstrakcji pewnych rasowych składników każdego z nich i upraszcza je do minimum. Mało kto zdaje sobie sprawę, że tajemnicą fenomenu Strokes jest Moretti. Ludzie zwykle nie zwracają uwagi na pałkera. Spychają postać na margines. Moretti decyduje o tym szorstkim, automatycznym obliczu. Ten jego zredukowany wyciąg objawia się dwoiście. Numer jeden charakterystycznym bitem jest zmodyfikowany kultowy "motorik" Klausa Dingera. Posłuchajcie "Barely Legal". Albo "Hard To Explain". Albo "Reptilia". Numerem drugim jest inny legendarny bit, para-bit Charliego Wattsa: "When It Started" i "The Modern Age" i "You Talk Way Too Much" i "Between Love And Hate". Nie korzysta z bitu Mo Tucker. Z bitu Mo Tucker korzysta Meg White. (Nie, "The Modern Age" to nie jest bit Mo Tucker. To jest bit Charliego Wattsa.) Pytałem kumpla bębniarza czy ciężko jest utrzymać taki bit przez kilka minut. Odparł, że nawet ciężko.]

A więc są modelowo perfekcyjni, gdyż mają też doskonale sformatowane kawałki. Tych dwadzieścia piosenek jakie zrobili w dwa lata to nie muzyka. To nadludzko detalicznie ukształtowane figury geometryczne. Romby, kwadraty, trapezy. Na Is This It było mnóstwo wpadających w ucho tune'ów. Zmarnowany "Is This It", telewizyjny "The Modern Age", skoczny "Someday", singlowy "Last Nite". Room On Fire zaczyna się od fikającego wzorku Morettiego. Chwilę potem wszystko wraca do normy: elegancko znudzone wycie, charczące wiosła. "Reptilia" pruje bliźniaczo do Is This It, by zastrzelić zręcznym hookiem refrenu. Ciężkawy, błotnisty groove "You Talk Way Too Much" oraz brawurowa gra sekcji w "Meet Me In The Bathroom" nie mają kompleksów. Ten zespół sprawia, że słuchacz czuje się dobrze. Refreny są chwytliwe. Aranżacje to szczyt umiejętności rozłożenia akcentów. Aranżacje Strokes? Weźmy taneczny "Between Love And Hate", jak kolejne ścieżki dochodzą i sobie nie zawadzają. Nie ma momentu, żeby czuć się źle słuchając Strokes. Klasa i równość, przejrzysta równość jakby walcem przejechano, to sprawiają. Zaiste, tkwi w nich iskra. Są czymś więcej niż suma składników. Na kolana. Strokes ponadto wykazali się gestem i wzięli na trasę Guided By Voices. Aha, ktoś porównał Room On Fire do Dismemberment Plan, ale to nietrafione.

Borys Dejnarowicz    
23 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja