RECENZJE

Streets
The Hardest Way To Make An Easy Living

2006, Vice 1.7

Mike Skinner jest kolesiem poniekąd słabym, ale i tajemniczym. Próbując zgłębić fenomen napotykamy na ścianę półprzeźroczystą, za którą majaczy pewna forma esencji (albo coś innego). No bo jak to się dzieje, że serwując trzecią porcję tego samego, wciąż zbiera wyjebujałe oceny i w mediach, i w okolicach? Jak to jest, że całkiem spora grupa odbiorców, nierzadko niegłupich ludzi (po swoim otoczeniu oceniam) chce sobie postawić na półce trzecią taką samą płytę? Świeżo Poznany Jaracz tłumaczył mi przez trzydzieści minut wszystkie odwołania do narkotyków, które Skinner prze-my-cił (o-ho-ho) na A Grand Don't Come For Free. I fakt, że narrator był świeżo poznanym jaraczem tłumaczy sytuację tylko połowicznie. Ponadto takich postaci jak ŚPJ, wyłapujących ewentualne niuanse brytyjskiego angielskiego i grupujących je tematycznie w segregatorze jest raczej niewiele pośród tłumu fanów dajmy na to w Polsce. A jednak. Mimo połamanych rytmów, bariery językowej, timbre, wyglądu. akcentu, braku sympatycznych hooków i ogólnej niecharyzmatyczności postaci, Skinner rządzi lat bodajże cztery i ciężko o terytoria od jego panowania niezależne. I – mimowolnie – odczuwam szacunek dla sił, które nasz bohater jest w stanie wyzwolić, choć daję głowę, że Mike oglądając rankingi sprzedaży nieraz pytał sam siebie niedowierzając: "What the fuck?"

Próba zrozumienia spaliła na panewce, przechodzimy do zawartości. Gdyby Hardest Way zamienić miejscami z debiutem, to oceny kolejnych wydawnictw raczej by się nie zmieniły. Podobnie przy dowolnej innej podmianie (przychodzi mi na myśl słowo "permutacja", ale off the record, jakby co). Pierwsza płyta to 4.coś, bo debiut i kredyt zaufania, druga to trzy z kawałkiem, bo z rozpędu i takie inne, ale podejście do Powrotu Skinnera rodzi raczej tęsknotę za gwałtownie utraconymi sześcioma dychami niż pozytywne wrażenia artystyczno-estetyczne. Skinner nie rozwinął swojej formy ani o nanometr, choć próbuje robić wrażenie bardziej hard samplując w podkładach więcej półnaturalnego, pociętego hałasu. To w tej części rozrywkowej. W części lirycznej (której target – jak pokazał sukces festyniarskiej "Dry Your Eyes" jest o wiele większy) skupia się na wykonywaniu nie tylko gadania w zwrotkach, ale również refrenów – tej części z melodiami. Jest to pewna ewolucja, ale bardziej w kategoriach psychicznych, skoro Skinner uznał, że jego głos uprawnia go do *śpiewania*. I to tyle chyba, bo ogólna charakterystyka projektu została zawarta w recenzjach poprzednich albumów.

A za dwa lata zapewne ukaże się czwarty album sygnowany nazwą The Streets, czyli taki sam zestaw po raz kolejny. Pytanie brzmi – ilu obecnych fanów będzie wtedy trwać przy Mike'u?

Filip Kekusz    
8 września 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja