RECENZJE

Streets
Original Pirate Material

2002, Vice 4.2

The Streets to jednoosobowa załoga licząca Mike'a Skinnera na wokalu i na muzyce. A Mike Skinner to koleś bez wątpienia pozbawiony wszelkich talentów potrzebnych hip-hopowcom. To koleś bez talentu do rymowania, rapowania i tworzenia dobrych podkładów. Koleś, który zamiast rozkazywać "Yo, suck my dick you slutty pussy" opowiada, że "Geezas need excitement / If their lives don't provide them(?) / They stay inside violent". Zamiast załatwiać gangsta porachunki z innymi czarnuchami, piętnuje łobuzów, przez których bywał prześladowany. Jest białasem i zamiast tradycyjnego "yo", bez przerwy pokrzykuje "oi" (wykrzyknik wywodzący się od brytyjskiego odpowiednika farmerskiego "wio"). Może dodam jeszcze, że zapodaje w najlepsze ostrym robotniczym akcentem. Co to, angielska muzyka slumsów? Świat przewrócił mi się do góry nogami.

Sądząc po pochlebnych opiniach na temat Original Pirate Material, chyba nie tylko mi się coś obróciło. Ale jedna rzecz u nas zawsze pozostanie na swoim miejscu: te dwie cyferki i kropka je przedzielająca. "Liczba ocen tej płyty jest niemała, mało jest takich twardych jak skała". The Streets to nic innego jak całkiem zgrabnie przeprowadzony kabarecik hip-hopowy, nie zasługujący z pewnością w kategoriach czysto muzycznych na jakiekolwiek uznanie. Mógłbym jeszcze na chwilkę wrócić do tematu poruszonego na początku? Przyszło mi do głowy, że Skinner wcale nie musi robić wiele, nie potrzebuje dobrych rymów, dobrego flowu i dobrych podkładów. Gość sobie jest i mówi, a to w pełni wystarczy. Niewykluczone, że ten album w ogóle by nie istniał, gdyby nie fajowy akcent. Wiecie, on tak mówi bardziej w formie żartu, żebyśmy mogli pośmiać się z jego wymowy. I rzeczywiście, pojawia się uśmiech (niestety momentami politowania).

Ogólny charakter muzyki zawartej na Original Pirate Material potrafię zawrzeć w pojedynczej frazie: napompowana smyczkowa farsa napędzana dance'owymi bitami z domieszką fortepianowych smaczków. W głębszym podłożu albumu, aha, nie ma głębszego podłoża. Jednak czy to przez sympatię do przerysowanego angolizmu, czy przez naturalny respekt dla imienników moje podejście do sprawy było, jakby nie patrzeć, pozytywne. Później bystrym okiem spostrzegłem, że Skinner dosłownie umieścił w książeczce zdjęcie siebie, gadającego przez telefon komórkowy i co za tym poszło: zniknął. Oj.

Czasami pojawia się płyta, dla której określenie przeciętna stanowi dobrodziejstwo

Michał Zagroba    
26 lutego 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie