RECENZJE

Streets
A Grand Don't Come For Free

2004, Pure Groove Ltd 3.7

Fenomen The Streets ponownie spotyka się z niezrozumieniem z mojej strony. Jeśli rozłożyć zagadnienie na dwa podstawowe elementy, można podsumować jednoosobową formację słowami: zerowy MC i wyjątkowo skromne, niekiedy prymitywne podkłady. Otworzenie szerszej publiczności wrót nowego hybrydowego stylu, pałętającego się do tej pory w undergroundzie i rozwijającego głównie na singlach i składankach nowego wcielenia garage, trudno uznać za pełną rekompensatę mizernego materiału. Original Pirate Material z miejsca uznano za klasyk nowoczesnego, rasowo brytyjskiego hip-hopu. Rzeczywiście, był to album szczęśliwie pozbawiony jakichkolwiek naleciałości amerykańskich, częściowo ze względu na brak naturalnych raperskich predyspozycji autora, a częściowo autentyczne pragnienie odnalezienia własnej (narodowej) formy wyrazu dla tego gatunku. Zachwyceni Angole potraktowali długogrający debiut Streets jak my pierwsze dwie płyty Kalibra, jednak w przeciwieństwie do 63 Minut, Pirate Material wydaje się krążkiem nierównym, średnio przemyślanym, niedbałym i w większości głupawo kabareciarskim, choć nie pozbawionym też świetnych momentów.

To spektrum ujawnia lektura otwierającego album tercetu, gdzie każdy z trzech fragmentów to jakby oddzielny statement w podejściu. Opener "Turn The Page", oparty na zabawnie podniosłym samplu smyków, wprowadza patent, którego Mike Skinner chwyta się rozpaczliwie nie tylko w innych miejscach debiutu, ale i teraz na A Grand Don't Come For Free, a polegający na rozpędzającym się, nadętym, dance'owym podkładzie, iluzyjnie przyspieszającym ślimaczą melodeklamację Skinnera, przypominającego prawdziwego MC w stopniu, w jakim żółw przypomina sprintera wśród zwierząt. Kolejny "Has It Come To This?" to pierwszy singiel Streets z 2000 roku i jednocześnie esencja wszelkich osiągnięć białego rapera w zakresie pozakomediowych, ambitnych kompozycji – hipnotyczny jazzujący soul zachowujący przy tym brytyjską tożsamość i garage'owy rys, udanie wplatający w wysmakowane tło pianina reggae'ową wokalizę i miękki jungle'owy bit. Ze szczytowym osiągnięciem Streets sąsiaduje jednak jego artystyczny upadek w postaci próby ożenienia dubu z bliskowschodnimi harmoniami, dostarczającej najgorszej melodii roku 2002.

Choć na pierwszy rzut ucha nowy album wypełniają w przeważającej części podkłady zainspirowane kabaretowym nurtem twórczości The Streets, w zamyśle A Grand Don't Come For Free ma być dziełem ambitniejszym, działającym na dwóch płaszczyznach koncept-albumem opowiadającym obiektywną historię oraz odbiciem wewnętrznej podróży autora, osobistym wyznaniem Mike'a Skinnera wyrażającego własne rozterki głównie na tle sercowym. Problemem jest poziom i sposób przekazania tych wynurzeń, często zahaczających o kicz i niezamierzony pastisz. Czego nie jestem w stanie do końca uchwycić to antymelodie, które nam koleś namiętnie serwuje; nieprzyswajalność, nabierająca u Dizzeego rangi "nowych form życia", tutaj brzmi jak zwyczajny wygłup. Dobitnie udowadniają to "What Is He Thinking?" i sarkastyczna opowiastka o uzależnieniu "Not Addicted", zdające się w zamiarze odpowiedzią na neurotyczną arytmię Boy In Da Corner, ale sprawiające wrażenie parodii lub oglądania Rascala na replayu. Porażki równoważą ładne soulowe stylizacje i umiejętność dopasowania muzycznego charakteru utworów do ich lirycznych treści, jak w przypadku "Get Out Of My House", gdzie typowa kłótnia w związku kobieta-mężczyzna, z toposem dąsającej się panny, wyszydzona zostaje kpiarskim motywem niczym z Benny'ego Banassi.

By uprawomocnić prywatne zwierzenia, Skinner podejmuje sporadyczne próby dostarczenia szczypty antropologicznego metakomentarza do swoich spowiedzi. I pomimo, że spostrzeżenia w rodzaju "I saw this thing on the telly the other week / Said that if she played with her hair she's probably keen / She's playing with her hair well regularly / So I reckon I could well be in" nie nadają mojemu światopoglądowi nowych kształtów, przynajmniej wpisują opowiadane scenki w wymiar auto-obserwacji, tworząc wspomnianą drugą płaszczyznę tej historii. Podobnie, charakter albumu koncepcyjnego o rodzeniu się i rozpadaniu intymnej relacji – podróż rozpoczynająca się od nerwowej antycypacji i napięcia, podążająca dalej przez huśtawkę nastrojów, a ostatecznie kończąca się odpłynięciem w mrok samotności – w niemałym stopniu decyduje o wartości płyty, której pojedyncze utwory nie są w stanie obronić się na własnych prawach.

Michał Zagroba    
2 lipca 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja