RECENZJE

Steven Julien
Fallen

2016, Apron 7.4

O ile niewinny początek Fallen posiadający niepokojące akcenty zapowiada dość luźne i niezobowiązujące granie, to na przekór utartym przyzwyczajeniom, jakie kształtują się w nas na starcie, szybko zostajemy wciągnięci przez kryjącą się na drugim planie stylistyczną degenerację, doprowadzającą do permanentnego i podskórnego uczucia, że "coś tu mocno nie gra". Chodzi tu oczywiście o metaforykę wziętą z filmów grozy, nie o jakieś styki w konstrukcji prezentowanych dźwięków. Początkowa zdehumanizowana atmosfera, z czasem rozpuszcza na naszych oczach obraz dobrze znanej rzeczywistości na wzór teledysków Aphex Twina, w zdecydowanie brudniejszej, turpistycznej formie. Całość uzyskana na teoretycznie prostym fundamencie ciągłych powtórzeń, za pomocą acidowych dźwięków bezbłędnie integrujących się z jazzującymi odjazdami, poraża rzadko spotykaną wielowymiarową głębią.

Surowe syntezatory połączone z jeszcze surowszym automatem perkusyjnym, wchłaniają, przeżuwają, a im dalej w las, tym coraz brutalniej i euforycznie, bardziej doskonale. Płyta podzielona jest na dwie części, gdzie wraz z rozwojem coraz intensywniej wjeżdża z buta na okołowixapolowe rewiry rozpoczynając konkretną zabawę (chociaż preferowanym odbiorem wydaje mi się tutaj roztop na kanapie), w szczególności jeśli inauguruje ją "Marie", która jeszcze po tamtej, pierwszej stronie, stanowi punkt graniczny, od jakiego zaczyna się skok wiary, czy raczej niespodziewany dodatkowy próg w schodach, nagła skarpa przed kołami samochodu, czy brakujący właz kanalizacyjny na ulicy. Sprawia to, że całość nasączona dodatkowo neurotyczną i pełną dysharmonii ornamentyką, zostawia słuchacza z rozwartymi źrenicami i mało estetycznym opadem szczęki połączonym z taką długą, lekko zaschniętą, strużką śliny stykającą się z parkietem.

W moim odczuciu ta wybitna sieczka to jeden z najlepszych tegorocznych albumów, który przemiela, po tatarsku gwałci, miażdży itd. Nawet sięgając głęboko pamięcią, na ten moment nie mogę sobie przypomnieć porównywalnego przeżycia wiążącego się z uczuciem totalnego wywalenia na orbitę nieświadomości. Trzy razy podchodziłem, wyłączając po trzech kawałkach, żeby po trzeciej próbie dostąpić pełnej iluminacji skończonej niespodziewanym nokautem – trzy razy tak.

Michał Kołaczyk    
1 grudnia 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja