RECENZJE

Stereolab
Margerine Eclipse

2004, Elektra 6.2

W zeszły, upalny weekend wybrałem się z wizytą do dwojga znajomych mieszkających nieopodal siebie na poważnych obrzeżach naszej stolicy, właściwie hen daleko za Warszawą, w otoczeniu leśnych gąszczów i piaskowych dróżek. Wpierw przesiedziałem trochę u Uli, popijając sok pomarańczowy z lodem i oddychając naturą przez otwarte na oścież wyjście do ogrodu. Następnie Ula podrzuciła mnie do Tomka Gwary. Luksusowy dom pełen wygód i najwyższej jakości wyposażenia stał ukryty na końcu pobocznej alejki w budowie, niczym mafijna posiadłość służąca za ewentualną kryjówkę przed pościgiem służb specjalnych. Przystrzyżonemu trawnikowi brakowało tylko basenu. (Kurcze, Mike ma w wakacje jeszcze lepiej, bo z okna widzi chłodne depresyjne piosenki o niczym.) Rozluźniony, choć przemęczony ciągłą harówką Tom oprowadził mnie po zakamarkach posesji. Modna, elegancka, acz minimalistyczna oprawa wnętrza wbiła mnie odrobinę w fotel. Następnie poskandowaliśmy sobie zdrowo do Inches, wymieniliśmy standardowe okrzyki podziwu względem ukochanych bandów i zabraliśmy parszywe tyłki do miasta. Aa, "Sprawdzałem prawo telekomunikacyjne i nie można chujom nic zrobić". Cztery tygodnie żeście podłączali dwa kurwa jebana mać kabelki... Panie Lebiedź.

Idealnym soundtrackiem do stoickiego, wyciszonego, błogiego relaksu w wypasionej chacie Toma byłoby późne Stereolab. To późne Stereolab, które nazywam "przeźroczystym". Oczywiście, socjalistycznie nastawieni członkowie formacji zbesztaliby sybaryckie, burżuazyjne warunki życia i opalanie się w pełnym słońcu z drogim drinkiem w dłoni. Wciąż, ich muzykę cechuje od siedmiu lat maksymalny lounge i to jako podstawowy wyróżnik stylu. Słuchając bieżącego Stereolab odnosi się wrażenie ciągłego dążenia projektantów tych dźwięków do ukołysania odbiorcy w słodkiej nieświadomości. 'Lab pozostaną cholernie stylowi, gdyż jak nikt potrafią sprawić, że czujesz się dobrze. Decyzja o eksplorowaniu przekazu grupy mieści się w gestii słuchacza, ale w aspekcie emanowanych fal nagrania Stereolab ewokują oszronioną szklankę z lekko procentowym napojem, komfortowy leżak w towarzystwie zieleni i ćwierkających ptaków oraz bezstresowy stan umysłu. Stereolab to od dawna pewna kategoria popkultury: unikatowy, dystynktywny vibe, zbudowany na zasadniczych kontrastach: wyrafinowanych, repetycyjnych podkładów i dziewczęcych, niewinnych wokali; awangardowej estetyki i popowej przyswajalności; zaangażowanej liryki i łatwej przełykalności.

Dokonania 'Lab z powodzeniem można podzielić na trzy wyraźne, odseparowane etapy. Z początku Gane zaangażowany był w proces odtwarzania założeń skoncentrowanego, motorycznego krautrocka (faza kulminująca w hipnotycznych tour-de-force Transient-Random Noise i Mars Audiac Quintet), choć już wtedy wikłał się w rozkwitające harmoniczne desery. Tendencja owa eksplodowała błyskotliwym geniuszem, gdy Gane i Sadier sięgnęli po egzotyczne środki wyrazu, zatrudnili bossanovę i uselektywnili barwne aranżacje, przy symultanicznej trosce o przejrzystość piosenek. Ten znakomity balans między eksperymentem a wprost-chwytliwością wyzyskali na swoich dziełach definiujących, Emperor i Dots. Epoka post-Dots jawi się zstąpieniem w odmęty pozbawionego treści (a raczej zaplecza treściowego) cocktail-kitschu, bazującego na odbijanej po wielokroć kalce sztandarowych albumów, wyzutych natomiast z obiektywnej wartości. Jak guma do żucia bądź parodia filmów Mela Brooksa, Cobra And Phases, Sound-Dust i zeszłoroczna EP-ka Instant (pierwszy materiał zrealizowany po tragicznej śmierci nieodżałowanej rowerzystki Mary) pomykały z gracją-manipulacją, niczym cienie cieni cieni cieni. Fajne cienie, though.

Dyskusja na temat Margerine Eclipse w sumie od początku polega więc na próbie przyporządkowania krążka do odpowiedniej z trzech szufladek. Są tacy, którzy uznają go za comeback do ostrzejszej, konkretnej epoki Emperor, argumentując uwydatnioną rolę gitar i bardziej zwartych konstrukcji kawałków. "Margerine Rock" i "Hillbilly Motorbike" zasuwają nawet ciężkawo, w roli nieśmiałej reminiscencji Transient. I generalnie, plotki na mieście mówią o "powrocie do formy, powrocie do focusu". To ciekawa teoria, aczkolwiek zupełnie do mnie nie trafia. Fakt, Margerine Eclipse lokuje się odlegle zarówno od pop-artowych smaczków Sound-Dust, jak i przerysowanych, barokowo tandetnych zawijasów ślicznej skądinąd Cobra And Phases, ale duchem przynależy niewątpliwie do schyłkowej ery zespołu: ten sam środek znieczulający, narkotyk pusty merytorycznie, "la lali la la lili la", jest obecny wśród nowych utworów. Dlatego można swobodnie dostać mdłości, po raz następny stykając się z bladym recyklingiem przeszłych klisz. Banalne w wyrazie, przewidywalne na papierze numery "La Demeure", "Cosmic Country Noir" lub "Margerine Melodie" plumkają w tle, inspirując do krótkiej popołudniowej drzemki. I nie dziwi mnie wcale, że kogoś te tapetowe obrazki zwyczajnie nudzą.

Lecz jednak znów, mamy tu piosenkę w rodzaju "The Man With 100 Cells". Która zaczyna się zupełnie niepozornie, tradycyjnie udziwnionym metrum 13/4 i miłym pasażykiem organowo-wokalnym. Tim zawsze potrafił układać podziały tak naturalnie, że brzmią jak regularne, choć nie są. Miodowe warstwy i chórki "make you feel good". Nagle, na wysokości 1:47 rozkoszna progresja i dwie wokalizy przejmują narrację. Podskakująca melodyjka rozchyla usta, wypina pupę i przeczesuje włosy jak ta dziewczyna z reklamy bielizny "Intimissimi". I dokładnie jak ona, łączy w sobie sex appeal i wrażenie inteligencji. Praktycznie wszystko to, czego non-stop szukają mężczyźni! Bah duh bah, bah duh bah, bah duh beh... Dokładnie, ale ów mostek, tak cudowny i krystalicznie czysty w swej urodzie, to ja mogę jeść łyżkami. I na wysokości tego mostka uświadamiam sobie ostatecznie, że jestem fanem. Co pociąga za sobą konsekwencje. Przykładowo, cokolwiek 'Lab nie wydadzą, będzie mi się podobać. Lubię nowe 'Lab, bo lubię każdą płytę 'Lab. Podobnie jak z Sea And Cake, mógłbym pławić się w ich muzyce na okrągło. Krytyczna funkcja aside, kocham 'Lab, więc nie przekona mnie żadne zrzędzenie o zastoju artystycznym: jak ci się nie podoba, to wypierdalaj (btw, nie było tego skrzydełka Wojny Polsko-Ruskiej, błagam!).

Laetitia praktycznie nic sobie nie robi ze straty Mary (technicznie) i sama dubluje linie wokalne, zachowując klasyczny efekt parady głosów w stereo. Nikt mimo to nie wciśnie mi kitu, że słyszę Mary, bo jej nie słyszę, bo jej tam nie ma. Wypada to nieco sztucznie, ale czy dziś w muzyce Stereolab jest coś nie-sztucznego? Jeśli liznęliście Baudrillarda, to wiecie, jak można uprawiać socjologię na symulakrach. Na tym mniej więcej polega teraz recepcja twórczości 'Lab: to odpychająco akademicka, zboczona, naukowa przyjemność analizowania meta-muzyki. Chyba, że darzy się samą tę meta-muzykę sympatią. Kupując Margerine spodziewasz się jebaniutkiego groove'u, figlarnych keyboardów i waniliowych akordów, ale po to ją kupujesz przecie. I idąc po kolei, czy wrzucimy energetyczny, funkujący opener "Vonal Declosion", spleciony ładnie "Need To Be" z balladowym wstępem, zczesany z Instant 0 ornamentowy "...Sudden Stars", czy w końcu eklektyczny closer "Dear Marge" (też cytat z disco closera EP), doskonale wiesz, że obcujesz z mydlącym oczy, oszukującym symulantem rzeczywistych uczuć. Wciąż, symulant sprawia, że czujesz się OK. Oni będą uprawiać tę zabawę w chowanego tak długo, jak istnieć będzie "City Magazine". Ach, nie, "City Magazine" padło! Stereolab forever!

Borys Dejnarowicz    
14 sierpnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie