RECENZJE

Stereolab
Instant 0 In The Universe (EP)

2003, Elektra 5.9

Joy Division po śmierci Iana Curtisa zmienili nazwę na New Order. Odejście Timmy’ego Taylora natychmiast zakończyło księgę pod tytułem Brainiac: John Schmersal odważył się podtrzymywać działalność poprzez projekt Enon. Duch Cobaina w oczywisty sposób zdeterminował losy Grohla i Novoselica, a kiedy zdarzyło im się zagrać razem, przybierali imię Foo Fighters. Ale są to prawdopodobnie przykłady ekstremalne. W końcu nie można zabierać muzykom prawa do kontynuowania kariery.

Kłóciłbym się, że tak na dobrą sprawę fenomen Stereolab po dziś dzień nie został do końca zrozumiany. Istnieje pewien rodzaj zawodu, rozczarowania, gdy przypadkowemu słuchaczowi kojarzą się te piosenki z lekkim, łatwym i przyjemnym graniem i szufladkuje je "easy-listening". To ignorancja i bezczelność, albo zwyczajny brak wiedzy. Owszem, one są "easy-listening", ale, och, to tylko jeden z wielu elementów. Kraut-rock, francuski kitsch, studyjny pop lat sześćdziesiątych, awangardowy minimalizm i intelektualna nowa fala towarzyszą sobie nawzajem w twórczości grupy, zatem nie bądźmy śmieszni i nie kwitujmy jej: "easy-listening". Tim Gane jest geniuszem. W kategorii "akordów, których nie ma", jest to mój człowiek, i nie ma sobie równych. Malkontenci biadolą: Gane raz jeszcze operuje septymą, aranże znów rozmywają się w miękkich, przesłodzonych brzdękach, i jak zwykle dwie panny przemykają cukierkowymi melodiami w stereo. Podejrzewam, że dopóki nie wnikniemy w słowa, takie wrażenie pozostanie. A jednak, gdyby Stereolab tworzyli w Rosji Radzieckiej przed kilkudziesięcioma laty, wspierałaby ich partia komunistyczna. Laetitia Sadier jednym zdaniem potrafiłaby zamknąć ćwiczenia z socjologii na UW. To są takie drobne różnice właśnie.

Kilkoro krytyków uparcie błądzi, przymierzając Instant 0 In The Universe to do Emperor Tomato Ketchup, to do Dots And Loops, to wreszcie klasyfikując EP jako logiczną kontynuację Sound-Dust. Nie, nie, nie. Instant 0 In The Universe celuje w dokładnie ten sam efekt, co Cobra And Phases. Cobra And Phases było najgorszą płytą w dorobku Stereolab, głównie dlatego, że ten ich język nic już nie znaczył. Zespół operował tym samym systemem znaków, co uprzednio. Owe znaki wcześniej znaczyły nie siebie, ale "coś". Za znakiem ukrywała się "rzecz" lub "coś abstrakcyjnego"; znak doń odsyłał. Na Cobra And Phases znaki znaczyły tylko siebie. Nie miały przedłużenia. Jakkolwiek uwielbiałem słuchać tej płyty, gdyż uwielbiam słuchać czegokolwiek Stereolab nie zrobią, doznawałem uczucia mdłości. Utwory na Cobra And Phases, choć nieraz kapitalne ("Blips Drips And Strips", "Op Hop Detonation"), były przeźroczyste. Te dźwięki były puste. Każde "bah duh ba, bah duh beh" wydawało się jak ze szkła. A za szkłem nie było właściwie nic. I taka jest też Instant 0 In The Universe.

Materiał:
1. "...Sudden Stars": Klasyczne arpeggia organów, klasyczne obiegi melodyczne, charakterystyczny podskakujący rytm. Ostrzejszy mostek w środku a la wczesne Genesis, a potem Yes (keyboardowe blipy).
2. "Jaunty Monty And The Bubbles Of Silence": Figlarny, hopsający motywik przewodni, wieńczony sukcesywnie czterema plaśnięciami w klawiatury, doprowadza do partii śpiewanej, by ponownie pogrążyć się w chorej lepkości.
3. "Good Is Me": Zdecydowany highlight. Mroczny funk gra w grę harmoniczą, którą zrozumieją nieliczni. Linia wokalna zredukowana do samej podstawy nutowej. Wewnątrz ciepło bujający mostek również wieczorno-plażowy. Sadier deklaruje się jako solipsystka ("Impossible to consider reality of the other"). Powraca niepokojąco dramatyczny wzór z początku. Ekspresyjne outro.
4. "Microclimate": Kameralna kołysanka wieczorem, na plaży. Przyśpieszenie, zwolnienie, na tych samych akordach. Łagodne zejście. Rezygnacja.
5. "Mass Riff": Toporny riff organów, toporna sekcja. Dyskotekowy mostek. Jak z realizacji Magnetyzmu Serca w Rozmaitościach, gdzie Ostaszewska i Cielecka tańczą rzucając cienie na ścianę. Przeradza się w typowy jam. I się kończy.

Synteza, której dokonała formacja przez tych z górą dziesięć lat jest niewiarygodna. Stereolab byli jednym z najwspanialszych zespołów lat dziewięćdziesiątych, i teraz już się do tego przyzwyczailiśmy. Głównym grzechem w postrzeganiu Stereolab jest "przyzwyczajanie się" do nich. Gdyby młody zespół wszedł z taką EP-ką, uznalibyśmy ją za rewelkę, szalejąc w subtelnym skowycie zadowolenia i wróżąc debiutantom wielkie osiągnięcia na przyszłość. Ale to Stereolab. Nic was nie zaskoczy w tych dwudziestu trzech minutach. Zero pozostało z eksperymentalnego i art-popowego eklektyzmu Sound-Dust. To nie jest "wyśmienita przystawka" przed kolejnym full-lengthem, do ukazania się na początku 2004. To w sumie nic nie jest. Laetitia śpiewa typowo ścieżki drugich linii wokalnych, wokalne tła, ale... kogoś tu brakuje. Kogoś tu bardzo brakuje. Kogoś tu bardzo, bardzo brakuje.

Borys Dejnarowicz    
1 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja