RECENZJE

Stereolab
Emperor Tomato Ketchup

1996, Elektra 9.3

I oto przed wami kolejna z tych genialnych płyt, które od pierwszego przesłuchania pozostają w waszych sercach na zawsze. Kolejne z tych dzieł, których nowatorstwo odkrywa się latami, a i tak przez większość nie jest zrozumiane. Kolejny rozdział długiej opowieści o przełomach w muzyce popularnej. Jeden z najnowszych i zarazem najciekawszych rozdziałów.

Zaryzykuję tu pewną tezę, jeśli pozwolicie. Tezę, a jakże, kontrowersyjną. Otóż powiem to wprost: Emperor Tomato Ketchup to w pewnym sensie Remain In Light lat dziewięćdziesiątych. Oczywiście, każdy ma prawo do własnych skojarzeń. Nie mówię tu wszak o żadnej kopii, czy naśladownictwie. Muzyka to przecież inna, inne środki wyrazu. Chciałbym tylko zauważyć, zachowując rzecz jasna proporcje, pewną paralelę. Podobnie jak dzieło Nowojorczyków, Emperor jest albumem przekształcającym tradycje różnych, w tym geograficznie odległych kultur dźwiękowych i łączącym je w jeden, doskonały, hipnotyzujący kształt. Właśnie ta nieodparcie bijąca świadomość własnych poczynań, ten swoisty intelektualizm jest tutaj wspólnym mianownikiem. W tym świetle jest Emperor jakby esejem na temat metodologii współczesnej muzyki. Stąd całe porównanie.

Dowodem na jego słuszność jest już nagranie otwierające płytę, a więc "Metronomic Underground". Może ono być z powodzeniem odpowiednikiem "Born Under Punches". Transowy, nieco pocięty beat jest ołówkowym szkicem, na który malarz dopiero nakłada kolejne farby. Bas, dwa rodzaje organów, onomatopeiczny głos, skreczująca w tle gitarka, nareszcie śpiew, zaraz skontrastowany drugą linią wokalną. Powstała w ten sposób struktura harmoniczna jest swobodnie rozwijana przez leniwe dźwięki wibrafonu, ryki gitary i całą masę innych galaretowatych efektów. Jest to majstersztyk, który kładzie słuchacza na ziemię i nie pozwala mu wstać. Ta polifonia, ten klimat. I jeszcze kwestia śpiewających pań. Laetitia Sadier i Mary Hansen brzmią obie, uwierzcie mi, jak uczennice szkoły średniej dla dziewcząt. Sadier francuskiej, Hansen angielskiej. Ma to swój niepowtarzalny urok.

A to dopiero pierwszy z trzynastu utworów. Mógłbym delektować się każdym, bo każdy jest idealnie dopracowany, każdy przynosi perfekcyjnie zinstrumentowane kombinacje w obrębie harmonii i wielogłosowe żeńskie partie wokalne. Wymienię więc tylko same perły, które nie pozwalają mi spokojnie zasnąć, gdy je sobie wieczorem przypomnę. "Cybele's Reverie" z porażającym refrenem. "Percolator", z wokalem lśniącym srebrem. "Spark Plug" z kapitalną kaskadą akordów septymowych małych, najpiękniejszych akordów świata. Kawałek tytułowy, z niewinną melodyjką, która urasta do rangi post-rockowego hymnu. Wreszcie liryczny, rozpływający się "Slow Hazel". A kończący całość "Anonymous Collective", przypominający "The Overload", jest jeszcze jednym powodem porównań z Remain In Light.

Słuchając Emperor Tomato Ketchup zapominam o tym, co się dzieje dookoła. Ta płyta przenosi mnie w inny wymiar, w którym podstawową jednostką nie jest człowiek, zwierzę, czy roślina, ale akord. Ukłony dla Tima Gane'a, który te akordy najpierw powymyślał, a potem poukładał tylko sobie znanym sposobem. Efektem jest kosmos, zapewniam was.

Borys Dejnarowicz    
14 listopada 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie