RECENZJE

Stephen Malkmus & The Jicks
Pig Lib

2003, Matador 6.5

Kiedy za jakieś trzydzieści lat zasiądę w obitym skórą fotelu w gabinecie psychoterapeuty, doktora A. Boćka-Słomianego, zdiagnozuję własne problemy jako "kompleks utraconego dzieciństwa", polegający na czarnej dziurze w muzycznej świadomości okresu podstawówki. Gdybym dzisiaj mógł bez wstydu powiedzieć o swoim uwielbieniu dla Slanted, zaznaczyć, że to "jedna z płyt lat 90-tych", najważniejsze dzieło najfajniejszego zjawiska ubiegłej dekady, inspirującego większość co wydarzyło się w niezal-rocku następnych dziesięciu lat etc., na miejscu umarłbym z dumy. Ponieważ jednak podskórnie czuję do czego nie mam prawa, wymownie przemilczę lata 92-94, ograniczając się do spraw, które nie wykraczają poza kompetencje osoby wychowującej się w atmosferze narodowego uwielbienia dla metalu i rocka progresywnego.

Opowieść rozpoczyna się więc na wysokości Wowee Zowee. Po odejściu Kannberga, samodzielnym liderem Pavement został Stephen Malkmus, pociągając zespół w mniej zobowiązujące, mniej "manifestacyjne" obszary, z każdym kolejnym wydawnictwem dryfując coraz wyraźniej w stronę upojnie zaaranżowanego, a nawet nieco przekombinowanego popu, zawsze niezwykłego poprzez dający się głębiej odczuć posmak Crooked Rain i klasyczny głos Malkmusa, pobrzmiewający zresztą u szeregu charakterystycznych, późniejszych wokali, tak różnych jak Sam Prekop i Travis Morrison na przykład. Kultowe są stephenowe zabawy z intonacją, brzmieniem słów, skłonność do repetycji, gier lingwistycznych, z przezajebistym początkiem Slanted na czele. "Ice Baby, I saw your girlfriend...". K i i i i rwa, doznałem. Właśnie przeszły mi ciary po plecach. Ci goście byli wtedy ucieleśnieniem ludzi definiowanych terminem "cool"; przy nich największe bossy wychodziły na ciotowskich wypierdków.

Solowe dokonania Malkmusa, o których być miało, są kontynuacją ścieżki obranej po rozłamie w Pavement. Jest jakaś wyjątkowa jakość w nagraniach obejmujących przedział od Wowee Zowee, aż do teraz. Malkmus, jak żaden inny znany mi artysta, potrafi wykreować aurę urokliwej ulotności, zaledwie ocierając się o bezpłciową mdłość, prawie zawsze jej unikając. Owszem, od dawna nie uświadczyliśmy z jego strony niczego zapadającego w pamięć na dłużej, bardziej znaczącego niż lekko usypiająca i obojętna w odbiorze, podpsychodelizowana słoneczna piosenka, ale niech nikt nic nie mówi: songwriterski talent tego człowieka obezwładnia, jeśli spojrzeć się na to z innej strony. Fenomenem jest zachowanie pełnego luzu przez, bądź co bądź, szychę z branży wydawniczej, chęć i swoboda z jaką trzaska on kolejne rewelacyjnie przyjemne płytki, bezstresowość świadomego pozbawienia się kultowego statusu i sposób w jaki przeszedł nad tym do porządku dziennego, pozwalając także odbiorcom zmienić perspektywę.

Niektórzy wybrzydzali na self-titled Malkmusa, jego pierwszy solowy krążek. Rzeczywiście dla ludzi słabo tolerujących efemeryczność, impresyjność, chwilowość melodii nie jest to wymarzona pozycja. Podobnie niewiele pozostaje na dłużej w przypadku Pig Lib; wraz z końcem wszystko pęka jak bańka mydlana i mimo że te kawałki są niezłe, nabuzowane, pulsujące sporą ilością letnich tematów, to wszystko zdaje się mieć tylko wierzchnią warstwę i nie wiadomo, z której strony ugryźć kąsek, żeby na poważnie wniknąć do wewnątrz. Być może odpowiedź jest prosta: twórczość Malkmusa posiada wymiar jeno dekoracyjny. W końcu musi coś w tym być, że delikatna fluktuacja "Animal Midnight", będąca bardzo odległą, spowolnioną reminiscencją Crooked, wywiera pozytywne, lecz nietrwałe wrażenie, mimo całej gamy wykorzystanych środków i urozmaiconej narracji (robi wrażenie zamkniętego w łącznie kilkunastu sekundach hołdu dla Floydów i Beatlesów). To samo odnosi się do "Craw Song", jeszcze jednej przyjemnej, tym razem folkującej, mutacji "Cut Your Hair".

Jest coś w dziełku przygotowanym wespół z Jicksami, co budzi skojarzenia z luzackim psych-bluesowym jamem. Sposób, w jaki sączą się utwory, jeszcze mniej focused niż miało to miejsce na Stephen Malkmus, znacznie bardziej rozwlekłe, znikające i powracające później motywy, operowanie nastrojem, różnorodnością gitarowych barw (pojawiają się nawet urywane gilmourowskie sola). W porównaniu do poprzednika, zespołowość Pig Lib jest namacalna: harmonie wyraźnie noszą znamię lidera Pavement, ale nie wszystko wyglądałoby tak samo, gdyby nie przynajmniej minimalny wkład wspomagającego bandu. O ile nad zmianami dynamiki i para-improwizacyjną konstrukcją "1% Of One" na pewno czuwał autor, sprawia nie przedstawiałaby się tak łatwo w przypadku "Water And A Seat" – tam gra rozumiejąca się kapela, z łatwością operująca bluesowymi schematami. Stąd osobiście optowałbym za kontynuowaniem współpracy z The Jicks, którzy nie ograniczają się do odgrywania kompozycji napisanych przez swojego szefa, wnosząc zupełnie nowy w karierze Malkmusa klimat zgranego kolektywu. Jeśli następnym razem pozwolą sobie na więcej własnej inwencji, może wyniknąć coś jeszcze ciekawszego.

Michał Zagroba    
15 września 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie