RECENZJE

Stephen Malkmus
Face The Truth

2005, Matador 5.9

Śmieszna to sprawa, ale Pavement ciągle prędzej kojarzony jest w naszym pięknym kraju z wesołym klipem przedstawiającym pięciu tańcujących kolesi w żółciutkich przeciwdeszczowych wdziankach, aniżeli najważniejszą płytą amerykańskiego niezal-rocka, jaką śmiała owa grupa wydać w roku dziewięćdziesiątym drugim. Zaskakuje też fakt (popytajcie po znajomych znajomych), że nazwisko Stephena Malkmusa rzadko się już w ogóle ze Slanted And Enchanted łączy; najczęstsze konotacje to... solowy dorobek kalifornijskiego muzyka. Powodem takiej popularności musi być chyba pozorna "dorosłość" dokonań Stephena i brzmieniowa stylizacja na łagodną epickość (czynniki, jak wiadomo, doceniane wśród rodzimych słuchaczy dużo bardziej niż szczeniacka chwytliwość), bo raczej nie sama jakość wydanych albumów: smutna prawda jest taka, że po rozpadzie macierzystego składu ex-lider Pavement nigdy nie był już w stanie dosięgnąć artystycznego poziomu, do jakiego przyzwyczaiły kolejne dzieła kwintetu, sygnując swym nazwiskiem jedynie okazjonalne porcje zaledwie solidnego grania.

Nie inaczej jest w przypadku Face The Truth. Tak jak poprzednie krążki zdradzały momenty stylowo i treściowo kontynuujące wątki Terror Twilight (choćby znakomity "Jane And The Ess-Dog" ze Stephena Malkmusa), dając złudne nadzieje na dokończenie Pavementowego dzieła przez jego najbardziej kreatywnego i utalentowanego członka, tak tegoroczna płytka to desperacka próba przypomnienia o sobie muzycznej społeczności; Malkmus dwoi się i troi, żeby zaskoczyć czymś oryginalnym i zwrócić ku sobie uwagę, paradoksalnie zniechęcając tylko do własnego tworu. W warstwie brzmieniowej mamy tu więc pełno udziwnień i przeszkadzajek; syntezatory, przestery i produkcyjne bajery; coś jak Wowee Zowee dla ubogich (mając na względzie finalną kondycję całości). W partiach czysto gitarowych radykalnie obniża się natomiast współczynnik Pavementowej popowości, na rzecz klasyczno-rockowych rozwiązań w stylu dwuminutowych wioślarskich jamów i podniosłych solówek, wrzucanych w sam środek co bardziej melodyjnych utworów (bodaj najlepszego "No More Shoes" na przykład).

Pełno tu zarzutów i kręcenia nosem, ale uczciwie trzeba przyznać, że Stephen Malkmus starzeje się z klasą. To, co jak na muzyka jego kalibru wydaje się być nudne i sztampowe, albo – wręcz przeciwnie – przekombinowane, z powodzeniem mogłoby zmieść z powierzchni ziemi większość tegorocznych debiutantów z kręgu "NME"; zmysł kompozycyjny Malkmusa ciągle ma się dobrze, a jego płodów słucha się z niekłamaną przyjemnością. Jedyne, co trochę martwi, to fakt, że – z płyty na płytę – coraz mniejszą.

Patryk Mrozek    
21 grudnia 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie