RECENZJE

Stefan Wesołowski
Rite Of The End

2017, Ici, D'ailleurs... 7.0

Jako splugawiony do samego szpiku wagnerysta może rozpocznę od nie tak drobnej deklaracji – nigdy nie dałbym skrzywdzić kogoś, kto kocha się w Wagnerze. Opierając się na wywiadzie Guldy, Wesołowski, ku mojemu wielkiemu smutkowi, na niemieckiego antychrysta i jego system kompozytorski nawrócił się stosunkowo niedawno. Więc z jednej strony mam mu to dogłębnie za złe, za te wszystkie zmarnowane lata pozbawione inspiracyjnej opoki romantycznego popkulturowego "proto-nazisty", z drugiej, dzięki temu nieszczęśliwemu wypadkowi mogę w miarę obiektywnie zmierzyć się z Rite To The End bez nieuzasadnionej afektacji i w sumie słusznej podjarki fajnością nowego Wesołowskiego.

Skrót z tego, kim w zasadzie Stefan jest (mechaniczny głos odczytywanego indeksu nazwisk oraz prawie-nazwisk padających w różnorakich opracowaniach) – Arvo Pärt, Ben Frost, Jóhann Jóhannssonn, Tim Hecker, Igor Strawiński, Niemiecki brudny neckbeard z Lipska, Max Richter, Henryk Górecki, Murcof, Nick Cave, "Techno", Neoklasyka, Steven Riley, Swans, Mute Song, a gdzieś tam w tle pląta się uśmiechnięty od ucha do ucha Jacaszek wraz z gościem odpowiedzialnym za Hatti Vatti. I nie jest tak, że te nazwiska to w większości tylko inspiracyjne ślady, które drogą dogłębnej analizy można odnaleźć poukrywane gdzieś w jego tkwiącej głęboko w poważce muzyce. Nie są one także padającymi ze wszystkich stron odłamkami i odpryskami karkołomnych prób klasyfikacji różnej maści krytyków. Te nazwy i nazwiska, w większej części, to są ludzie, z którymi Wesołowski wspólnie stoi ramię w ramię pod jednym korporacyjnym sztandarem – dość, że tak powiem, światowym sztandarem.

Mając nad głową tak rozbudowany mechanizm promocyjny biorącej go pod własne skrzydła zasłużonej londyńskiej agencji, a także bliskie towarzystwo jednych z najważniejszych muzycznych figur w swoich ligach, z którymi łączy go – oprócz wspólnego "miejsca" pracy – gatunkowo-dźwiękowy ciężar czyniący z Wesołowskiego kogoś, kto tkwi na froncie pierwszej ligi walki o tę lepszą muzykę tła, umiejscawiając siebie w światowej czołówce, w klasie AAA całego tego grania; a to wszystko ze źródłem tkwiącym w lokalnym trójmiejskim* folklorze. Dlatego, kiedy wzywa mnie… i tym podobne..., moim moralnym obowiązkiem jest to, aby o tym wam przypominać tak mocno i długo, aż w większym gronie będziemy mogli odpalać korki od szampana za naszego kolejnego narodowego Hermaszewskiego. Jednak bez ślinotoku trzeba sobie zadać jedno ważne pytanie: czy ta kosmiczna eskapada na międzynarodową stację, wraz z kopaniem się na globalnym rynku polskiego artysty, faktycznie ma jakieś głębsze znaczenie, czy może ten fakt to tylko płaska pluszowa maskotka w drobny sposób lecząca nasze narodowe kompleksy?

Oczywiście, zanim do tego dojdziemy, wejdźmy w klątwę cykliczności i chorobliwe powróćmy do obrazu Wagnera, którego teutoński duch nawiedza niemal każdą tekstową analizę Rite, co oczywiście w większym stopniu można zrzucić na karb recenzenckiego nieodpowiedzialnego porównawczego viralu rozprzestrzeniającego się po całym net-krytycznym świecie, niż z naciąganego faktu istnienia ścisłej paraleli występującej pomiędzy tymi dwoma twórcami. Ale... pomimo tego, jak ciężko zestawić w jednym szeregu ten dewastujący poczucie umiaru maksymalizm i orgiastyczną totalność Wagnera z nowym materiałem Wesołowskiego, konstruowanym wokół ciągłej repetycji i sukcesywnie nawarstwiających się instrumentalnych ścieżek, z dominującym lekko wycofanym oraz niepokojącym klimatem, to wciąż zdecyduje się jednak, aby również w mało oryginalny sposób, wraz z innymi pójść tą drogą wierząc, że zdekodowanie Rite poprzez ten pryzmat, to perspektywa – nie powiem – dość interesująca.

Tak więc mamy ten romantyzm, ze swoją burzliwą melodyką i poszarpaną fakturą, która we współczesnym songwritingu raczej nie jest w cenie, nie wchodząc już nawet w kwestie aktualności tej niemal już wymarłej przesadnie egzaltowanej wrażliwości, ze współczesnej perspektywy popadającej w absolutną, chociaż może trochę niesłusznie, śmieszność. Ta potrzeba niewypowiedzianego geniuszu, odciśnięcia jednostkowych odczuć we własnym dziele, nacisk na stworzenie głębi oddalonej od cielesnej trywialności w imię wielkich przeżyć oraz uniesień i takie tam… Te wielkie i wysoce piękne cele w samej swej istocie, bez angażowania się w wartościowanie; to pojęcia i kategorie wprost wchodzące swoim zasięgiem semantycznym w gatunkowe pola post-rocków, ambientów, poważki w stylu Binga czy nawet tego niezasłużenie łajanego przez lata proga, ale o nich kiedy indziej, bo starając się uciec od tego zbioru mało mówiących ogólników, beztreściowych słów kluczy oraz klisz (które jednak w pewien sposób nakreślają ramy dominującego na płycie klimatu) bardziej interesująca będzie tutaj charakterystyczna dla romantyzmu synergia obrazu z muzyką, burzliwa idea malowania dźwiękiem...

I jasne, Wesołowski w udzielanych wywiadach częstokrotnie odgradzał się od tego, dobitnie podkreślając, że ten zbiór piosenek, mimo pierwotnego pisania pod jedną z artystycznych wystaw, to w pełni autonomiczne dzieło samo-w-sobie, pozbawione ciężaru wydumanego wizualnie kontekstu – jednak jak wiemy, książki czasami są mądrzejsze od swoich autorów, a interpretator czasami wie lepiej od autora nawet jak tego nie wie i kropka (chociaż o relacji dzieło-autor-interpretator to można tygodniami krzycząc wyświechtane do bólu: Śmierć Autora!). Bo słuchając Rite Of The End nie da się w pierwszych chwilach instynktownie nie poczuć tej wewnętrznej ilustracyjności, wyraźnego budowania napięcia charakterystycznego dla ekhm... ekhm... muzyki filmowej muzycznych historii przykładowego Berlioza czy Schuberta, tej silnej plastyczności, samopiszącej się ścieżki dźwiękowej pod ludobójstwa, płonące Bałkańskie miasta i pod każdy tkwiący w epicentrum tego chaosu dokument. Jak Max Richter w Walcu z Baszirem, tym razem pisanym nie z perspektywy pośrednich katów, ale ofiar. Dopiero od połowy, od tytułowego kawałka – z wyraźnie zaznaczonym momentem przejścia – ta atmosfera współgrania z obrazem wycofuje się, tworząc miejsce pod klasycznie konstruowaną płytę, ale nieprzerwanie wciąż posiadającą tę lekką dozę udziału wyobraźni w procesie odczytania.

W tym kreśleniu podobieństw istnieje jeszcze kwestia budowanej przez dźwięk głębokiej warstwy emocjonalnej – łączącej je w braterskim splocie defetystycznej dekadencji wraz z tym bardziej kompleksowym, uniwersalnym tragizmem zawartym w na wskroś dramatycznych utworach przepełnionych pewną dozą uroczystego nieokreślonego mistycyzmu. Bo niby nie ma tutaj jarmarcznego, dosadnego patosu naturalnego dla tego typu antymaterialistycznych kościelnych narracji, cechującego zarówno świetny poprzedni album Wesołowskiego Liebestod, jak i powziętego z wiadomej dyskografii pierwszego najjaskrawszego pod tym względem Tannhäusera. Pozostała za to charakterystyczna romantyczno-uczuciowa mentalność pierwszej połowy XIX w., odbijająca się zwłaszcza w ilustracyjnej części albumu, który z każdym kolejnym indeksem, odchodząc od tej dawnej proweniencji, robi miejsce pod bardziej w swym duchu współczesne, lekko neurotyczne brzmienie, aby u kresu tej misternie budowanej drogi przejść do najjaśniejszego momentu całej płyty. Czyli finalnej eksplozji, brutalnego zwieńczenia długo narastającej kulminacji, która w tych kilkunastu finalnych sekundach przywodzących na myśl zrzucenie z siebie całego sukcesywnie budowanego napięcia, wzorem porażającego Spiderland, roztrzaskuje cały ułożony grzecznie i harmonijnie koncept w nagłym zalewie gorzkiego horrorowatego, brutalnego hałasu – musowy papieros wraz z wygaśnięciem ostatniego taktu "Hoarfrosta II". Oczywiście nie wszystko szkli się tu tak depresyjnymi barwami – nie będę ukrywać, że dogłębnie wzruszyłem się wcześniej wspomnianym momentem rozdzielającym płytę na dwie części; tym nagłym słonecznym promykiem na zakończenie "Rex, Rexa!". To był niezwykle uroczy prezent dla samopoczucia, który przy użyciu większych pokładów wyobraźni trawestował miejscami "Like Spinning Plates" – oczywiście w tle z gorzką nutą, lekko fałszywą, po kilku sekundach przejmującą pierwszy plan, zagłuszając stertą zgrzytów i hałasu ówczesną jaśniejszą stronę.

Wychodząc od ogólników, przejdźmy w końcu do konkretów – jest to najlepsza jak dotąd płyta Wesołowskiego i właśnie z tej perspektywy, z perspektywy świetnego, ale miejscami pełnego cukierkowatego patosu Liebestoda, mogę ją w jakiś sposób waloryzować, ukazując sukcesywnie postępujący artystyczny rozwój kompozytora. Z głównych przemian i metamorfoz występujących na nowym wydawnictwie w pierwszej kolejności rzuca się to, że omawiany materiał jest tym razem dużo bardziej wycofany, płynny, rozlany, a także mniej bezpośredni. W swoim wyrazie preferując kompleksowe działanie na podświadomość niż siłę podkutego buta symbolizującego jasno akcentowane pierwszoplanowe motywy – brak tu tych płaskich dętych tub i dramatyzmu wystukiwanych klawiszy w najprostszych, cechujących post-rockowe granie, progresjach ("Route"). Brak tu skondensowanych sacharynowych pasaży, prostych melodii powziętych z setek mdłych drobnomieszczańsko-sentymentalnych albumów. W zamian otrzymujemy coś ustawicznie zaskakującego, dużo bardziej nieprzewidywalnego, z naciskiem kładzionym na dźwiękowe konstrukty łechcące słuchacza w większym stopniu "intelektualnie" niż "emocjonalnie", nie tylko pod względem formalnym, ale także znaczeniowym, gdzie prymarne jednostkowe uczucia miłosnej tęsknoty oraz żaru zostają zastąpione przerażającym, analityczno-chłodnym pejzażem alienacji i strachu przed nagłą śmiercią. Pejzażem budowanym na fundamencie silniejszego w porównaniu do poprzednika wycofania organicznej warstwy instrumentalnej na rzecz wyraźniejszej dozy wysublimowanej oraz mrocznej elektroniki połączonej z unoszącym się wszędzie, stojącym w przeciwieństwie do Liebestoda, duchem niezwykle atrakcyjnej nieokreśloności.

Jeżeli miałbym na siłę czepiać się czegokolwiek wiedziony żmudnym obowiązkiem, w pełni sił zaatakowałbym dwie kwestie: długość płyty oraz ten nieszczęsny tytułowy kawałek wypełniający środkową przestrzeń albumu, będący momentem, kiedy z zaangażowanego słuchania, przemienia się to wszystko w lekko obniżający pułap, ale wciąż paradoksalnie interesujący beztreściowy kolaż, w którym owszem, można znaleźć atrakcyjne ujście dla uciekającego dramatycznie czasu, jednak czasu, który mógłby zostać wykorzystany w lepszy sposób w lepszych miejscach oraz utworach. Chociaż oczywiście jest to już tylko kwestia czystego indywidualnego smaku oraz wrażliwości, bo z całego wytłoczonego zbioru utworów, to właśnie on staje się tym najbardziej niekonwencjonalnym kawałkiem ucieleśniającym w sobie to, co powyżej odczytywane było jako najważniejsze zalety i wyższość Rite nad Liebestodem. Jednocześnie łącząc to ze spojrzeniem na pożyteczną funkcję, jaką czwarty indeks pełni, konstruując doskonałą podbudowę pod ten chorobliwie ciągnący się w nieskończoność jednostkowy klawisz inicjujący "Seven Maiden" – ech, sam już nie wiem… No i pozostał jeszcze ten wcześniej ujęty czas – trzydzieści sześć minut to zdecydowanie za mało, aby w pełni móc zaangażować się w materiał, który zdaje się dla świadomości urywać w połowie, w szczególności podkreślając wyjątkowość takiego stanu rzeczy na tle reszty ambientowo-neoklasycznego-kontemplacyjnego uniwersum obsesyjno-kompulsywnie tworzącego swoje dźwiękowe kilku-płytowe kilkugodzinne epopeje pomimo konstrukcji złożonej z ciągnących się w nieskończoność trzech dźwięków. Oczywiście, można przeprowadzić tutaj skuteczny argumentacyjny kontratak zasłaniając się dbaniem o konkret, o pietystyczną jakość każdej sekundy wraz z godnym szacunku paranoicznym strachem przed wypełniaczem i "beztreścią". Jednak gdy główną siłą tego typu konwencji jest żmudne konstruowanie klimatu opierającego się na silnej dźwiękowej spójności oraz konceptualności, bardzo powoli dostrajanej i rozwijanej, to tkwienie w tak ograniczonych ramach czasowych wyraźnie utrudnia hipnotyczne przekabacenie słuchacza na stronę własnej muzycznej wrażliwości.

Ostatecznie pomimo tych drobnych zgrzytów Wesołowski swoim dojrzałym oraz zdecydowanie bardziej niepokojącym materiałem, w prosty sposób awansuje do właściwej rozgrywki, zostając predestynowanym do podjęcia walki o zagospodarowanie muzycznej przestrzeni godziny czwartej nad ranem z ambientowymi dziełami pokroju tegorocznego Bing & Ruth. To naprawdę niezła płyta, warta zbadania, o której walorach estetycznych niby powiedziano już dostatecznie dużo i ciężko dodać coś więcej w kolejnej usilnej dekonstrukcji, ale przynajmniej mam z tego bezpretensjonalną satysfakcję i poczucie spełnienia wiedząc, że nawet jeśli nie powiedziałem nic nowego, to przynajmniej może gdzieś tam znajdzie się ktokolwiek, kto zostanie tym onanistycznym blurbem zachęcony.

*W ogóle fenomen i wpływ ludzi pomorza na muzyczny krajobraz Polski to jest magia i temat na całkowicie inną dysertację – w końcu nowe przyjdzie znad morza, jak to pisali, biorąc w wielki nawias nasz lokalny rynek.

Michał Kołaczyk    
29 sierpnia 2017
BIEŻĄCE
Gang Śródmieście"Discopolka"
KortezMój Dom