RECENZJE

Starsailor
Silence Is Easy

2003, Chrysalis 3.0

Słuchanie muzyki jest (nieuchronną) interpretacją. Nasz stosunek do konkretnych albumów zmienia się wraz z liczbą poznanych przez nas płyt: ot, zwyczajny proces budowania sobie kontekstu interpretacyjnego. Nie zrozumcie mnie źle, nie chcę jeździć po Starsailorze, żeby się wywyższać, choć ich druga płyta jest w istocie równie słabiutka i miałka jak ta pierwsza. Każdy, kto przesłuchał choćby kilkaset dobrych płyt w życiu, traktuje to jako oczywistość, ale nie przeczę, że zupełnym muzycznym laikom może się Starsailor podobać. Tyle, że my tutaj na Porcys staramy się uprawiać krytykę sztuki, a nie rozmawiać o wynikach sprzedaży. Jeżeli jesteś tu po to, żeby odkrywać nowe muzyczne lądy, słuchać rady osób, które trochę się na muzyce znają, weź sobie te słowa do serca. Jeżeli natomiast kochasz Starsailora, szukasz tylko ludzi o podobnych gustach i poglądach, nie tolerujesz odmiennych od swoich opinii, reagujesz na nie wściekłością i frustracją, to załóż fanklub, zamiast wysyłać mi hate-maile, mimo, że daję tej płycie jej zasłużone 3.0 (a mogłem dać na przykład 0.2, gdybym się wyzłośliwiał).

Taki Starsailor jest pewnie potrzebny. Ktoś musi zapewnić masom tę namiastkę wrażliwości, wymuszoną łezkę, banalną do bólu. Wokalista James Walsh zbolałym głosem smędzi truizmy o miłości, która pomimo przeciwieństw wreszcie rozkwitnie. Kompozycje są wtórne, ograne, tak blade, że w pamięci nie zostaje żaden motyw, co najwyżej ogólne wrażenie. Aranżacje przygotowano w modnym coldplayowym stylu, dużo smyków, pianino, gitary akustyczne, nad całą produkcją unosi się duch Phila Spectora, który notabene produkował nawet dwa kawałki z tej płyty. ("Silence Is Easy" oraz "White Dove". Ciekawostka. Widocznie potrzebował pieniędzy na remont werandy, czy coś.) Nie chcę powtarzać litanii twórców, z których zrzyna Starsailor. Zerknijcie zresztą do recenzji poprzedniej płyty zespołu, autorstwa Michała. Muzycznie Silence Is Easy przypomina ambitniejszą prasę bulwarową: pozornie atrakcyjna, kolorowa okładka z błyszczącego kredowego papieru, a w środku zerowa wartość informacyjna, czytadło, które można przejrzeć w pociągu albo poczekalni u fryzjera. Żywotność hitów Starsailora, trzaskanych hurtowo z małpią zręcznością przez brytyjskich profesjonalistów, zapewne nie przekracza miesiąca i przypomina szybko dezaktualizujące się, pseudo-istotne artykuły o miłości w czasopismach kobiecych. Do obu zjawisk podchodzę z niewielkim nabożeństwem. Powiedzcie mi, kto będzie pamiętał o tej płycie za piętnaście lat? Nawet za dwa lata? A Ty, Jamesie Walshu, weź się wreszcie w garść. Bo takiego fałszywego mazgaja jak Ty, to żadna dziewczyna nie zechce.

Tomasz Gwara    
17 lutego 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja