RECENZJE

Stars
Heart

2003, Paper Bag 6.1

I am Michał and this is my heart.

Zeszłoroczny hype sceną kanadyjską niewątpliwie pozwolił wypłynąć na medialną powierzchnię kilku kapelom, do tej pory pozostającym głęboko w cieniu Eskimosów, drzew klonowych, wiekopomnego dzieła autorstwa Arkadego Fidlera (Kanada Pachnąca Żywicą) oraz mocarnych power-slamów latającego Vince'a Cartera, dawnego idola Greckiego. Co prawda bandy te nie wydostały się z mroku w stopniu całkowitym, przysłonięte masterpiśnym dokonaniem kolektywu Broken Social Scene, winnego zresztą całego zamieszania, ale mogą być spokojne, że od teraz każde ich wydawnictwo spotka się z należytą atencją. Na razie wyklute w Nowym Jorku, ale ostatecznie osiadłe w ojczyźnie Alanis Morissette Stars nie dokonało niczego wielkiego i gdyby Małgorzata Taklińska przygotowywała książkę Broken Social Scene – Roślina, prawdopodobnie słusznie potraktowałaby zespół jako jedną z wielu gałęzi prowadzących do źródła: sympatyczne uzupełnienie i urozmaicenie esencjonalnego You Forgot It In People.

Rzeczywiście trudno zaliczyć Torontczyków do załóg grzeszących przerostem ambicji. Heart to krążek zupełnie łatwy, prostolinijny, bez wielkich pretensji artystycznych, choć ściśle mówiąc niekoniecznie bezpretensjonalny. Rzecz polega na ziszczeniu pewnej aury niewinności, miłosnej słodyczy i łagodnego melancholijnego upojenia, powołaniu do życia drzemiących w człeku pozytywnych instynktów, obudzeniu optymistycznych myśli. Dziwi mnie, że do przedsięwzięcia nie przyłączył się Kevin Drew, chłopięcy samarytański człowiek-eter emanujący szczerym umiłowaniem świata, który w ekranizacji opowiadania dla dzieci najpewniej znakomicie odnalazłby się w roli dobrodusznego skrzata. Można jednak przypuszczać, że studyjne zetknięcie frontmana Broken z Torquilem Campbellem i kreującą się na przeczyste dziewczę z wianuszkiem polnych kwiatów oplatającym czoło i potylicę Amy Millan to byłaby już za duża dawka romantyczności, od której pozostali niechybnie musieliby zwariować.

Ciągłe balansowanie na granicy kojącego uroku i przesłodzenia to i tak główny problem całego albumu. Linia oddzielająca zdrowy popowy powab od karmelkowej tkliwości przekraczana jest co prawda zawsze nieznacznie, ale za to nagminnie, zwłaszcza kiedy misternie uplecione, czarujące gitarowe otoki rozwinięte zostają lukrowanymi fortepianowymi i smyczkowymi ozdobnikami. Dla takiej ucieczki w barokowe formy wyrazu zwolennik podążania w konkret, kozackich hooków zamiast dekoracji, na pewno nie udzieli swojego poparcia.

Niespodziewanie (po skrajnie emowym intro albumu) egzaltacja w sferze ekspresji wokalnej zostaje w momentach takich poskromiona, przez co całość udaje się z trudem wyważyć, tylko fragmentami poddając na chwilę cierpliwość słuchacza wyczulonego na tanią, nie wyrafinowaną uczuciowość ciężkiej próbie. Z drugiej strony natykamy się gdzieniegdzie na fantastyczne, fajniutkie i fspaniałe piosnki ewokujące czasami Belle & Sebastian, kiedy indziej nostalgiczne dialogi tegorocznego Saturday Looks Good To Me. Okrzyk "gordżez" wydobywa się z paszczy na dźwięk produktów takich jak poetycka, zwiewna niemal-szeptanka "Vanishing" czy perfidnie przeładnione "Look Up". Owszem, Campbellowi zdarza się popełnić kilka zabawnych gibbardyzmów, ale są to naiwności bardziej ujmujące w swoim przerysowanym liryzmie, niż denerwująco głupawe. A poza tym, za ilość pozytywnych fluidów dostarczanych moim komórkom usznym jestem im w stanie wszystko wybaczyć.

Michał Zagroba    
11 lutego 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja