RECENZJE

St. Vincent
Strange Mercy

2011, 4AD 6.1

MR: Emocjonalny roller coaster! Tak w jednym z wywiadów St. Vincent opisuje proces twórczy zmierzający ku Strange Mercy. Mam wrażenie, że w tym określeniu zamyka mądrość wszystkich teorii muzyki wszechczasów, trafia w sedno, wyciąga esencję, wykazuje, że wie dziewczyna, o co się rozchodzi. Co więcej, w stopniu zadowalającym udaje jej się przenieść to odkrycie na praktykę. Jest tak jak powinno być: raz wesoło, raz smutno, a to skocznie, a to smętnie, do tańca i do różańca. A mówiąc całkiem poważnie, najnowszy album Annie Clark jest galimatiasem słodko-gorzkich odczuć. Zdaje się, że u progu trzydziestki, w "szampański rok" życia, nachodzą ją niewesołe przemyślenia dotyczące życia w szeregu iluzji, co może i jest zdrowe, ale od czasu do czasu frustrujące. Ale to nie tak, że Amerykanka się wywnętrza, a my mamy łzy na końcu nosów. Przesłanie albumu ubrane jest bowiem w atrakcyjną otoczkę. Artystka nie szczędzi nam symfonicznych upiększeń, szorstkich riffów, ale przede wszystkim bardzo wyrazistej rytmiki. W "Cruel" udowadnia, że potrafi stworzyć kawałek na wskroś popowy, "Surgeon" idzie wyraźnie w syntetycznym kierunku. Najmocniejszym, wprost zadziwiająco mocarnym centrum jest tytułowe "Strange Mercy", które nie pozwala z czystym sercem nagrodzić Annie notą niższą niż 7.0.

PM: Tegoroczny album Annie Clark to jej Teen Dream i Bitte Orca; krążek w całości zmasterowany z użyciem efektu, który Pitchfork nazywa Best New Music, a ja nazywam "kompresją Pitchforka". Emocjonalne wyże wyżej, emocjonalne doły jeszcze bardziej dołujące, ale wszystko to w ramach mocno ograniczonego i przynudzającego schematu melodycznego. Produkcyjnie hi-fi i stylistycznie do przodu, lecz bez intrygujących, niejednoznacznych brzmieniowych udziwnień; hipsteryzm konserwatywny. Co oczywiście nie znaczy, że Strange Mercy jest płytą złą, bo zgodzę się z większością pozytywnych argumentów w komentarzu powyżej; problem w tym, że tej zajebistości wystarcza na jedno przesłuchanie.

KFB: Ja tę panienkę – niczym Stefan Majewski paru cenionych piłkarzy – bardzo dobrze znam. I wciąż lubię, jak najbardziej, ale problem polega na tym, że bardziej mi się podobała w swoich poprzednich odsłonach. Ta na Strange Mercy razi chłodno skalkulowanym dystansem – po prostu nie potrafię "wczuć się" w ten album tak jak w poprzednie płyty Amerykanki. Nie wiem czy powinienem za to winić Annie czy siebie, ale trochę mi głupio, bo sytuacja do ciekawych nie należy. Doceniam wszakże chyba najwyższy w karierze stopień zaawansowania technicznego, kompozycyjny pietyzm i dbałość o technikalia, z tym że niepokojąco często brzmi to jak zwyczajna sztuka dla sztuki i przykrywka dla braku oczywistych hooków. A może było tak, że zapowiedzi tego materiału wyśrubowały moje oczekiwania do jakiegoś niebotycznego poziomu? Nie wiem, na pewno St. Vincent mocno podbiła pulę, ale do strita zabrakło jej jednej karty.

RP: Ja cenię sobie Strange Mercy dość wysoko, bo jak na moje ucho brzmienia Pitchforka jest tu sporo poniżej poziomu denerwowalności i nie zgodziłbym się też, że tak całkiem nie ma tu tych hooków. Trochę jest i mimo, że stylistycznie często dużo tu pożyczonego, album nadrabia świetnym panowaniem nad napięciem, jest spory dreszczyk w tych kompozycjach, lubię tak. Wszystko jest pieczołowicie dopracowane, ale słuchało mi się tego ze sporą przyjemnością. Jak dla mnie popularność jest zasłużona, a już zwłaszcza w porównaniu do podobnych hajpów.

Radek Pulkowski     Monika Riegel     Kacper Bartosiak     Patryk Mrozek    
30 września 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja