RECENZJE

St. Vincent
Masseduction

2017, Loma Vista 5.1

Od prawdziwego artysty należy wymagać przede wszystkim umiłowania procesu transformacji, wybitnie kreatywne jednostki poznaje się bowiem po ich fetyszu twórczej mutacji. Wielcy muzycznego świata to nieznoszące stagnacji kameleony, potrafiące zaadaptować swój talent do wymagań różnorodnych estetyk. Wszyscy idole St. Vincent są ucieleśnieniem tej filozofii, nic więc dziwnego, że ona sama postanowiła pójść w ich ślady. Masseduction funkcjonuje jako próba roztańczenia refleksyjnej wyobraźni Annie Clark poprzez wprowadzenie odrobiny jaskrawych barw do eleganckiego świata art popu. Przychylni odbiorcy mówią o Let's Dance dla millenialsów, zaś bardziej krytyczne głosy przebąkują coś na temat Lady Gagi w wersji indie. Jedno jest pewne - tak przystępna i bezpośrednia autorka Strange Mercy dawno nie była.

W tym konkretnym przypadku eksperyment formalny polega na rezygnacji z subtelnych półsłówek na rzecz rzucania nowymi pomysłami prosto w twarz. Roztwór z progresywnej elektroniki, staromodnej, nowofalowej estetyki oraz hiperaktywnego popu ostatniej dekady wyróżnia jedna cecha wspólna – pragnienie stawiania wykrzykników, nie zostawiając miejsca na jakiekolwiek domysły. Ciemnowłosa diwa prezentuje przerysowany monodram, kontynuując tradycję przeżuwania scenerii zapoczątkowaną przez William Shatnera. Następca krążka z 2014 roku za wszelką cenę stara się udowodnić swą nietuzinkowość. St. Vincent atakuje słuchacza kolorowym, kłującym w oczy graffiti, które wywiera niezłe pierwsze wrażenie, lecz traci wdzięk podczas dogłębniejszej obserwacji. Główną niedoskonałością albumu jest powierzchowność rzekomej metamorfozy. Produkt, mający być wynikiem artystycznej wolty, to tak naprawdę dźwiękowe ucieleśnienie panicznego strachu przed kreatywnym progresem. Koleżanka Davida Byrne'a ukrywa lęk przed radykalnymi zmianami za stylistycznym kuglarstwem, spłycającym koncept nieszablonowego popu do mało wyrafinowanej gry pozorów.

Razi również nieudolność, z jaką Amerykanka steruje spektakularnymi aranżacjami. O ile jej eteryczny głos znakomicie współgrał z zapiętymi na ostatni guzik, zwiewnymi brzmieniami Marry Me czy Actor, tak bombastyczna produkcja Masseduction pożera introwertyczną obywatelkę Nowego Jorku. Wysokooktanowa elektronika potrzebuje dzikiej tygrysicy zdolnej do opanowana swawolnych syntezatorów, a nie odbijającego się od ściany dźwięków cielaka. Wycofana osobowość artystki sprawia wrażenie kompletnie bezużytecznej w połączeniu ze stylistyką wymagającą mikrofonowej brawury.

Niedogotowana sfera liryczna albumu również pozostawia wiele do życzenia. Strofy wyśpiewywane przez wokalistkę przekraczają cienką granicę pomiędzy minimalizmem a banałem. Oczywiście da się wyłuskać z nich kilka ciekawych obserwacji na temat sadomasochistycznej relacji pomiędzy artystą a wizerunkową autokreacją, lecz tej metafikcji dla początkujących brakuje choćby grama polotu. Anna raczy nas billboardowym haiku, stawiającym sloganowe tezy, niepoparte jakąkolwiek próbą argumentacji.

St. Vincent niestety nie wykorzystała szansy na zrobienie kroku naprzód. Potencjalnie stumilowe buty okazały się być parą rozklekotanych trzewików, niepozwalających na przebycie kilku metrów. Nawet produkcyjna ornamentyka nie wystarczy, aby ukryć nijakość tego materiału.

Łukasz Krajnik    
31 października 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy