RECENZJE

St. Vincent
Marry Me

2007, Beggars Banquet 6.3

Poznajcie się. Annie – czytelnicy Porcys, czytelnicy – to jest Annie. Dla was w zasadzie St. Vincent. Moja nowa sympatia (sorry Gwen, jesteś cool, ale sama wiesz, że od dłuższego czasu się nie układało). Poznaliśmy się, jak to bywa, w wakacje: niby niepozorna, w typie neurotyczki, ale charyzmatyczna ślicznotka. Oboje mamy sentyment do amerykańskiego indie, gdy przepuszczony jest przez sito kobiecego pop songwritingu. Jest ok.

Rytm naszych spotkań wyznacza reguła kontrapunktu. W ogóle Clark mogłaby być twarzą kampanii "Kobieta zmienną jest". Ale po kolei.

"Now Now" rozpoczyna się w aurze łagodnie emocjonalnego indie-rock-anthem by na wysokości 3:20 pogrążyć się w gitarowej kakafonii tonowanej mantrowym dziewczęcym chórem. Pomysły na aranżacyjny rozmach i kluczową rolę chórków to z kolei pewnie efekty udziału w koncertowym składzie Sufjana Stevensa, czego dowodzi kolejny track, brzmiący jak rzeczony gdyby komuś udało się kiedykolwiek podszyć nerwem jego krainę łagodności. W surowym nastroju podążamy w koślawy, nieco progresywny, niespokojnie zazdrosny "Your Lips Are Red", który jednak w najmniej spodziewanym momencie przechodzi ładną metamorfozę w pociągłą, mglistą impresję rozmywaną zawodzącymi smykami i gęstym filigranowym fortepianem.

Już za chwilę atmosfera robi się ciepła jak po orędziu premiera, wokół zakwitają pąki wzajemnego zaufania, pada sakramentalne "Marry Me". Z głosu Annie nie znika jednakowoż charakterystyczna słodko-gorzkość. Pewnie dlatego ze swym leniwym liryzmem plasuje się tak dalece od banału. Tekstowo zresztą liryzm przybiera dość perwersyjne oblicze ("Oh John, c'mon? We'll do what Mary and Joseph did without a kid"). Przytulny klimat szlag trafia za sprawą szalonego, skrzeczącego psycho-walczyka „Paris Is Burning” ale reinkarnacja przychodzi w wieczorowym, zamszowym "All My Stars Aligned". A nie mówiłem? Nastroje non stop.

Dalej jest bardziej intymnie. Melancholia w głosie Annie postępuje, aranżacje delikatnieją, przechodząc na poziom detalu, powoli zapominam, że potrafi przypierdolić w struny. Chwilę dalej już w to nie wierzę, nikt się tu nie spodziewał bossanovy "Human Racing", która niepostrzeżenie kończy się urzekającą gitarową podskórną pulsacją jakby z Lambchop. W tych okolicznościach już nawet nie dziwi kończący "What To Worry" spełniający wszystkie kryteria ISO w kategorii "jazzujący standard".

Nie wiem czemu o niej cicho, problem jest chyba w percepcji, w dobie rządów Singla wyrazista jednowymiarowość jednak w cenie, rozstrzał emocjonalny i gatunkowy czasem męczy sensory poznawcze i wpuszcza w mielizny braku koncepcji. Ale popracujemy nad spójnością, przecież ona ma dopiero 25 lat, a w CV jeszcze wokalną przygodę z freakami z Polyphonic Spree. Nie da rady? A wiecie że w sesji chwyciła za 13 (!) intsrumentów? Reszta składu zdaje się od noszenia sprzętu. W przypływie przychylności myślę nawet czasem, że tak mogłaby zabrzmieć PJ Harvey gdyby naprawde chciała i potrafiła zagrać intymnie i szorstko zarazem, Fiona Apple gdyby przybrała na przebojowości, czy nawet moja inna ulubienica Feist, gdyby pozę wyrafinowanej pensjonariuszki z dobrym gustem przełamała krzepką, oszczędną stanowczością amerykańskiego południa.

Już otwieram usta by wszystko wyartykułować, gdy słyszę "Have I fooled you, dear? / The time is coming near when I'll give you my hand / And I'll say, 'It's been grand / But ... I'm out of here". Cóż, nie szkodzi, wróci...

Skomplikowane te nasze relacje. Na szczęście zaraz będzie Nelly. Się wyluzuję, czysty pop, zero zobowiązań.

Wojciech Terpiłowski    
15 lutego 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy