RECENZJE

St. Vincent
Actor

2009, 4AD 6.0

Zapowiedzi poprzedzające wydanie drugiego albumu w dyskografii uroczej Amerykanki były co najmniej intrygujące – no bo szlachetne inspiracje (filmy Allena), nowa wytwórnia (nie byle jaka, bo przecież 4AD, legenda zobowiązuje) i obietnica nawiązania do tradycji bliskich Prince’owi (tak, mnie też ciężko było to sobie wyobrazić). Do tego doszła zmiana chyba najbardziej zasadnicza, bo związana z procesem songwritingu. Głównym celem było odejście od bardziej gitarowego brzmienia znanego z Marry Me na rzecz delikatniejszych i bardziej urozmaiconych kompozycji. Po raz pierwszy, w swojej niedługiej przecież karierze, Annie tworzyła kawałki z myślą bardziej o pianinie niż o wieśle. Z pomocą przyszedł również program Garage Band firmy Apple, który miał pomóc w tworzeniu jeszcze bardziej pokręconych aranżacji utworów, a do wszystkiego swoje 12 groszy dorzucił współodpowiedzialny za produkcję lider formacji Paper Chase, John Congleton.

Przejdźmy zatem do zawartości merytorycznej krążka. Małym novum są orkiestrowe aranżacje z wymuskanymi klawiszami w tle, które urzekają w kończących album "The Party" i "Just The Same But Brand New". Inspiracje Księciem, poza kilkoma momentami "Marrow", można raczej włożyć miedzy bajki, więc trochę nie ogarniam tej polityki PRowej związanej z powoływaniem się na szacunek wobec jego dorobku w co drugim wywiadzie. Zamiast tego naturalnie nasuwają się skojarzenia z Feist i jej ziomkami z BSS, momentami także z Cat Power (najbardziej we wspomnianych wcześniej dwóch piosenkach). Lirycznie jest ciepło i momentami figlarnie: "I lick the ice cubes from your empty glass / Oh, we've stayed much too late / 'til they're cleaning the ashtrays", ale także sentymentalnie "But I'm a wife in watercolors / I can wash away / what seventeen cold showers / Couldn't wash away". W tym wszystkim da się także miejscami wyłowić odrobinę pewnej niezal-przebojowości (takie "Actor Out Of Work" czy "Marrow" naprawdę fajnie bujają), ale też kilka ukłonów w stronę debiutu, jak chociażby quasi-kakofoniczne, mocno narastające aranżacje wieńczące udanie poprowadzone "Black Rainbow".

Głównym problemem Annie Clark jest chyba tylko to, że wszyscy chcielibyśmy żeby była fajniejsza niż jest w rzeczywistości. Owszem, sofomorem debiutanckiego Marry Me powiela sporo patentów znanych z tamtej płyty, ale cały krążek ma wystarczająco dużo naturalnego uroku by "bronić się w uszach recenzentów". Jak dla mnie nie jest to jednak wystarczający powód do hajpu na szeroką skalę, ale miło odnotować, że gdzieś tam w Stanach jest sobie taka St. Vincent i cały czas trzyma równy, wysoki poziom.

Kacper Bartosiak    
29 września 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie