RECENZJE

Spring Heel Jack
Amassed

2002, Thirsty Ear 7.1

Z góry zaznaczę, że poniższa "recka", choć raczej nie chamska, z całą pewnością będzie niekompetentna. Spring Heel Jack, jedni z weteranów jungle – gatunku, który tak na dobrą sprawę ukształtował się całkiem niedawno, w połowie lat 90-tych (debiut Spring Heel ukazał się dokładnie w środku dekady, a więc w roku 95) – od pewnego czasu penetrują wzdłuż i wszerz krainę jazzu. O ile nowoczesny, elektroniczny jazz, jeśli chodzi o mnie, jeszcze nie wywołuje wielkiej paniki (w końcu tym mianem spokojnie można by określić Disappeared, którego opisywanie nie nastręcza problemów), o tyle albumy stricte jazzowe to już znacznie bardziej skomplikowana sprawa. W tym wypadku moje kompetencje są ograniczone, a znajomość tematu nie wykracza poza to co powinienem znać. I ain't no Miłosz Ostrowski, chciałoby się rzec. Co zrobić, goście mieli mi tu grać elektronicznie, ale wykręcili wszystkim głupi numer. Ktoś narobił wielkiej kupy, ja będę musiał ją posprzątać. Spróbujmy więc.

Od początku. Tak jak zostało już powiedziane, Spring Heel Jack rozpoczęli swoją działalność w połowie lat 90-tych. Grupę założyli Ashley Wales i były gitarzysta Spiritualized John Coxon. Duet ten okazał się na tyle poszukujący i pomysłowy, że w krótkim czasie formację uznano za jedną z najoryginalniejszych grup drum'n'bassowych. Elementy jazzu towarzyszyły muzyce zespołu praktycznie od zawsze. Z czasem wprowadzane były jednak coraz śmielej i zdawało się, że ta mieszanka najbardziej gęstą konsystencję osiągnęła na świetnym Disappeared – albumie sprzed dwóch lat, wyrażającym chyba głównie fascynację rytmem. I nie chodzi o cholernie skomplikowane struktury, chociaż i tak nie należą one do najprostszych, a raczej o hipnotyczne walory kompozycji. Za perkusjami i bębnami nie zasiadają Bill Bruford i Pat Mastelotto, tylko Wales i Coxon, współtwórcy sceny jungle'owej, patrzący na zagadnienie zgoła inaczej niż pałkerzy, których interesuje tylko zaawansowana matematyka. Mimo licznie reprezentowanego jazzowego instrumentarium, solówek saksofonowych etc., Disappeared pozostaje płytą transową, elektroniczną. Ten pierwszy świat wtopiony zostaje w pozornie całkiem odrębną rzeczywistość w spójny sposób, tak, by zabieg połączenia dwóch biegunów przeszedł prawie niezauważony. Ale podkreślmy: to jazz zostaje przyswojony i aż do początku nowej dekady Spring Heel Jack szufladkowany jest jako elektronika.

Kurde, mówię wam: brak postępu może być w przypadku niektórych kapel nieźle wkurzający. Historia tych dwóch gości to z kolei historia progresu. Zdaje się, że rok później już na dobre złapali jazzowego bakcyla (heh heh) przygotowując, wraz z grupą słynnych muzyków, płytę Masses, będącą zapisem odrębnych improwizacji na szkielecie stworzonym z sampli i loopów. Ostatecznie cyrograf podpisany został dopiero w tym roku, wraz z Amassed. Pomachajmy elektronice, przywitajmy jazz. Na najnowszym wydawnictwie raz jeszcze udało się zebrać czołówkę (tak słyszałem, ale co ja tam wiem) środowiska. Amassed rozpoczyna się ambient-jazzowo. "Double Cross" to kawałek oparty na wciągającej, narkotycznej konstrukcji wybudowanej z bardzo powolnie stąpających dźwięków kontrabasu (produkowanych przez Johna Edwardsa), nabierających medytacyjnego charakteru miarowych odgłosów dzwonu i ciepłych oddechów lekko przymglonych organów. Jedyne co prowadzi utwór do przodu, to saksofon Evana Parkera – raz zlewający się z tłem, innym razem niespokojnie próbujący nadać kompozycji własną tożsamość. Być może najbardziej fascynującym fragmentem całego albumu jest burzący na chwilę spójność struktury, nerwowy, kakofoniczny wtręt i te zaledwie kilka sekund nagłego powrotu do obecnego wcześniej stanu uśpienia. Niesamowite.

Jak się z biegiem płyty okazuje, Amassed to historia, która wciąga dzięki koncepcji na album przemyślanej do najdrobniejszego szczegółu. Drugi kawałek podąża ambientowym szlakiem, sprawiając jednocześnie wrażenie nieco bardziej rozimprowizowanego. Po raz pierwszy pojawia się jedna z najistotniejszych postaci – Jason Pierce, przynoszący ze sobą kluczowy komponent chaotycznych, dźwiękowych szaleństw: przesterowaną gitarę. "Amassed", w przeciwieństwie do "Double Cross", nie jest już kompozycją opartą na powtarzanym motywie. Dzieje się tu o wiele więcej (co nie znaczy, że ciekawiej) pod względem rytmu, w roli perkusisty występuje Han Bennink. Z uwagi na luźniejszą konstrukcję znacznie swobodniej czuje się Parker. Kolejna szczytowa chwila to zbiorowe orgazmowanie na wysokości drugiej minuty, dające efekt przypominający nieco przytłaczającego "Spychacza" Ścianki.

W "Wormwood" artyści nareszcie mogą w stu procentach dać upust swoim improwizacyjnym pragnieniom, by po kilku minutach raz jeszcze powrócić do dźwięków wionących spokojem. Tym razem nic nie zostaje z narkotyczności "Double Cross". "Lit" nawiązuje wyraźnie do późnego Blimpa: melodia pianina budzi z uśpienia głęboko ukryte dziecięce lęki i marzenia. Wiodąca trąbka brzmi konserwatywnie i przytulnie-kominkowo, jednak podawana na tle sztucznie wygenerowanych tupoczących odgłosów w dziwaczny sposób nabiera zupełnie innego wymiaru. Mniej reguł rządzi utworami z drugiej części Amassed. Są to zwykle frapujące dialogi – raz Parkera ze Spacemanem, innym razem Parkera z Wheelerem, a czasem saksofonowe monologi. Niesie to ze sobą ogromny ciężar gatunkowy: takie rzeczy jak "100 Years Before" trudno w pełni docenić bez poświęcenia im pełni swojej uwagi, co może nie być proste zważywszy na czas trwania (pełne dziesięć minut).

Nie oszukujmy się zatem. My tu jesteśmy raczej popowcami – my piszący i wy czytający. Owszem, sięgnięcie w świat awangardy jazzowej może okazać się interesujące, ale i tak po kilkunastu minutach albo zaczniemy myśleć o płytce, którą włączymy sobie jak tylko tortury się skończą, albo nie tracimy czasu na rozmyślania i od razu zmieniamy dysk. No chyba, że trzeba napisać recenzję. Co też właśnie zrobiłem.

Michał Zagroba    
13 grudnia 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy