RECENZJE

Spoon
Kill The Moonlight

2002, Merge 7.4

Spoon to zespół z Austin w Teksasie: plus numer jeden. W podziękowaniach wymieniają Trail Of Dead i Guided By Voices: plus numer dwa. Książeczka płyty zawiera czytelnie wydrukowane teksty: plus numer trzy. Dysponują cool nazwą: plus numer cztery. Grają zajebiście luzacki retro-rock: plus numer pięć. Nagrywają dobre płyty: plus numer sześć. Kill The Moonlight trwa pół godziny, więc można słuchać w przerwie pomiędzy zajęciami: plus numer siedem. A teraz plus numer osiem, najważniejszy. Oto kolejny zespół kopiący tych wszystkich Cathetersów prosto w dupę i dostarczający dalszych argumentów w dysputach z piewcami grzybów wyrosłych po gównianym deszczu, który spadł na nas kiedy Bogu puściły zwieracze (Pazura forever) na widok podsumowania NME za rok 2001.

No i jednak mają te melodie. Ale melodie to oni naprawdę mają. I jeśli jest coś, co mają, to są to melodie. Przede wszystkim wspaniałe melodie. Jako nieskomplikowany popowiec zawsze byłem niesprawiedliwy. Wystarczy, że kilku prostolinijnych gości nagra tuzin zgrabnych piosenek, a z miejsca mogą spodziewać się paru ciepłych słów, podczas gdy awangardowcy przekazujący sens istnienia językiem, dajmy na to własnych pierdów poobracanych w pro-toolingu, a następnie przeniesionych w sferę medytacyjnych ambientowych improwizacji, muszą postarać się o ponadczasowe arcydzieło by zyskać jakiekolwiek uznanie. Nie fair? Co zrobić, życie nie jest fair.

No właśnie, melodie. Dlaczego one są w przypadku takich płyt najważniejsze. Po pierwsze i oczywiste: chyba każdy czerpie przyjemność ze słuchania dobrych melodii. Po drugie, nieraz właśnie ten element artystycznego rzemiosła (heh) stanowi świadectwo talentu twórców. Żeby nie pozostać gołosłownym: rozpoczynający Kill The Moonlight "Small Stakes" zbudowany jest na temacie organków, z którym można zrobić dosłownie wszystko, zależy od wyobraźni. I tak zespół Classic prawdopodobnie zagrałby ten motyw na gitarze klawiszowej, zadowalając się jedynie skromnym akompaniamentem keyboardu. Słaba zapewne melodia byłaby wyrazem małej inwencji twórczej muzyków. Britt Daniel odwrotnie: potrafi sprawić, że zaczynam czuć groove, a przecież kawałek w ogóle nie ma nic wspólnego z jakimiś Fun Lovin' Criminals czy Red Hotami.

A skoro już jesteśmy przy groovie: dawno już nie słyszałem tylu melodii na basie zgromadzonych na jednej płycie. Chcecie sprawdzić czy kolesie mają frajdę z grania? Posłuchajcie ulubionego instrumentu fanów Primusa, radośnie przygrywającego do kilku dźwięków pianinka w "The Way We Get By". W ogóle obserwujemy na Moonlight fajny zabieg związany z basem. Otóż z reguły wkracza on z wyczuciem dopiero po dłuższej chwili, a więc przychodzi jakby na gotowe. Podobnie zresztą rzecz ma się z tamburynem, rytmicznym klaskaniem etc. A to wszystko jeszcze potęguje groove, który jak na taką stylistykę został wydobyty w rozmiarach maksymalnych.

Chyba najbardziej przykuwa uwagę cholerna staranność w konstruowaniu kompozycji. W przeciwieństwie do tego, czego moglibyśmy się spodziewać, oprócz samego brzmienia i produkcji dopieszczona jest także budowa piosenek. Każdy element znajduje się na swoim miejscu, nie ma przypadkowego czy nieprzemyślanego dźwięku. Na papierze załoga Spoon posługuje się szeregiem różnych instrumentów. W praktyce ich partie są tak pieczołowicie porozmieszczane i w tak odpowiedni sposób miarkowane, że całość zawsze daje efekt idealnie wyważonej struktury. Głównie z tego powodu Kill The Moonlight sprawia wrażenie niesamowicie przebojowej: troskliwość w tworzeniu przekłada się na ich wartość, żaden fajny motyw nie jest zmarnowany, fragmenty płyty obdzielone są nimi sprawiedliwie, po równo.

Jeśli kogoś powyższy opis trochę zdziwił, być może nieporozumienie wynika z niedokładnego zdefiniowania tego, czym tak naprawdę na nowej płycie jest grupa Spoon. Zaliczenie ich do zaszczytnego grona kapel, które jako jedne z nielicznych broniły w tym roku honoru nurtu retrospektywnego brzmienia, nie oznacza automatycznie gitarowej nowojorskiej surowizny. Kill The Moonlight raczej trudno nazwać albumem gitarowym; o takim, a nie innym szufladkowaniu decyduje specyficzny wokal (cos w rodzaju śpiewu z zatkanym nosem) i bardzo znamienne dla starszych nagrań przewodnie motywy pianina. Wszystko to sprawia, że tegorocznemu Spoon odrobinkę bliżej do popowości High Society Enona, niż niczym nie splamionej rockowości Electric Sweat Mooney Suzuki. Nie tylko stylem, ale także poziomem.

Michał Zagroba    
24 października 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja