RECENZJE

Spiritualized
And Nothing Hurt

2018, Bella Union 6.8

Błogie wyznania szeptane do twego ucha przez marynarski megafon. Spiritualized leczy, Spiritualized uzdrawia, Spiritualized nigdy w swej melancholii cię nie zdradza. Nie zdradza też swojej dawno obranej formy. Niemal ta sama piosenka i ta sama płyta grana do zdarcia od kilkunastu lat, w sporym stopniu czerpiąca z ideałów swoich złotych lat. W większości przypadków można byłoby uznać to za wystarczający powód do wstępnej dyskwalifikacji, no ale co zrobić, jeśli to sam Pierce, a ta na swój dziwny sposób nieinwazyjna forma brytyjskich najtisów i pełnej pietyzmu symfonicznej żonglerki, to źródło niewyczerpalnego chilloutu, z którego można czerpać intymne ukojenie przez następne kilkanaście lat – nieważne jak skrajnie będą chujowe (lata, nie płyty).

Nieco bardziej unurzany w łagodniejszej – bardziej symfonicznej niż gitarowej – warstwie And Nothing Hurt to kserówka. Kserówka oparta na filarach multiinstrumentalnej epickości i naturalnie wynikłej z niej, wznoszącej się post-rockowym stylem konstrukcji kawałków dążących po trupach do jak najgłośniejszej kulminacyjnej eksplozji. Kserówka kserówki, której na szczęście jakoś specjalnie nie trzeba bronić wyłącznie z psiego obowiązku szacunku do zasłużonego nazwiska. Broni się i wyręcza mnie skutecznie sama swoimi singlami. Wywiercającymi się swoją melodycznością słowami "I'd like to sit around and dream you up a perfect miracle", bezbożnie nadawanymi do wtóru ukulele. Końcówką Wilcowskiego "Here It Comes". Tym gitarowym podbiciem galopującego "On The Sunshine". W "Let's Dance" będącym trochę mniej subtelnym Sufjanem. Hybrydą rozbuchanego Age Of Adz i świątecznych piosenek, zmieszanych z ckliwymi reklamowymi jinglami.

W opozycji do tej podszytej smutkiem słodkości staje przeraźliwie tęskny i jeden z najlepszych "Damaged", zbudowany wokół wyjątkowo prostego – niemal Satrianowego (tfu!) – gitarowego motywu. Z ułożonej z dokładnością do milimetrów struktury wyrywa się szalony, niemal improwizowany pochód euforycznego hałasu w imitującym kaca "Morning After", który pomimo bycia pewnym inspiracyjnym odpryskiem Velvet Underground osobiście skończył się posmakiem tylko lekkiej nudy. W tej wyliczance warto jeszcze zwrócić uwagę na "The Prize", boleśnie generyczny i przez to perwersyjnie przyjemny utwór. Tylko to nieco gospelowe "pokonamy fale" w outrze...

Wiadomo, nie ma tutaj efektu wow, czy jakiegoś zaskoczenia i w zasadzie już od Ladies And Gentlemen nigdy ich tutaj miało nie być. Za to, jak zwykle mamy do czynienia z serią niewymuszonych utworów, które swoim "ciepłem" wciąż potrafią porwać każdego, kto wpadnie w ich słodkie objęcia, BOWIEM powiadam Wam bracia i siostry, że na ziemi nie odnajdziecie serca na tyle zimnego, aby powiedziało ono stanowcze nie nowemu Pierce'owi.

Michał Kołaczyk    
11 października 2018
BIEŻĄCE
RobynHoney
Steve HauschildtDissolvi