RECENZJE

Spiritualized
Amazing Grace

2003, Sanctuary 5.3

Wkładem Jasona Pierce'a w zsumowaną u progu apokalipsy historię rocka będzie zapewne formuła swoistego balansu między kategoriami "narkotyczności" i "duchowości". Od początku działalności legendarnej transowej kapeli Spacemen 3, Pierce i jego kompan Sonic Boom kleili połacie stojącego, lejącego się psychodelicznego soundu, podczas gdy wśród tytułów kawałków zawierały się "Walking With Jesus", "Lord Can You Hear Me?" i "Amen". Zrodzony z jej popiołów zespół Spiritualized podtrzymywał tę aurę. Pierce, jako J. Spaceman, doszedł do perfekcji w zestawianiu obok siebie słów "drug" i "god", "trip" i "lord", "jesus" i "christ". Faktycznie, teksty Pierce'a biją prawdopodobnie rekordy użycia słów w rodzaju "lord". Na opus magnum z 1997, Ladies And Gentlemen We're Floating In Space (snobi będą wam wmawiać wyższą wagę Lazer Guided Melodies i Pure Phase, ale olać ich), atmosfera głębokiej, natchnionej modlitwy przenikała każdą sekundę, lecz oprawa graficzna jawnie apoteozowała tabletki. Utwór w utwór funkcjonowały tak biegunowe wersy, jak "Lord I have a broken heart" i "Sometimes have my breakfast right off of a mirror / And sometimes I have it right out of a bottle". Co więcej, ta ambiwalencja fascynuje sprzężeniem zwrotnym. Bo dzięki szprycowaniu wyznanie wiary jest pełniejsze, a dzięki wierze odlot na towarze jest intensywniejszy. (A w ogóle trzecim kluczowym pojęciem i kwintesencją jest "love".)

Oczekiwania na follow-up do arcyudanego Ladies Pierce zamknął gospelowym, katedralnym, mszalno-rockowym albumem Let It Come Down, który patenty wstrząsające poprzednikiem rozwodnił i zmiękczył, ale zarazem przedstawił surowsze, nieopierzone (kurczaki w KFC, Błażej) oblicze. Przy przebogatej i kolorowej palecie dźwięków oplatającej piorunujące kompozycje Ladies And Gentlemen, rozdmuchanie oprawy Let It Come Down do przesadnych rozmiarów wydawało się, mimo ogólnego powodzenia barokowej ekspresji, absurdem, ledwo kamuflującym gorszą dyspozycję pisarską Jasona. W okresie, gdy ukazywała się pierwsza część podwójnego kompilacyjnego wydawnictwa Complete Works (druga dopiero w tym roku), przypominającego zapominalskim o twórczych dokonaniach naczelnego wyspiarskiego psycho-rockowca, w jego głowie zrodziła się więc idea rozebrania stylistycznej fasady z nadmiernych ozdobników, osuszenia jej ze zbędnych warstw i powrotu do blues-roots-garage źródeł. Yep, Amazing Grace, zapowiadane jako "punkowy" krążek Spiritualized, istotnie okazało się ciętą, ostrą, zredukowaną jazdą. Niefortunnie, ten stuosiemdziesięciostopniowy obrót nie wystarcza, by uprawomocnić deczko już wypalony, nudnawy wyciąg kompozytorskiego sznytu Spacemena. Krótko: uproszczenie otoczki wokół prostych utworów nie wyszło im specjalnie na dobre.

Taki tryb wyrzuca na powierzchnię kilka wniosków, które inaczej mogłyby pozostać w głębinach. Rozpoczynający Amazing Grace hardy rocker "The Little Life Of Mine" z miejsca wskazuje, że część inspiracji grupy zwykle pozostawała w cieniu. W kontekście wybuchu mody na garage rock czy nie, Pierce koncentruje się na celebrowaniu pionierów nurtu. Przebija Who, przebijają Stonesi, przebijają jak nigdy dotąd Stooges. Przebija cokolwiek w latach sześćdziesiątych kończyło się "s" i brzmiało chropowato. Następny w kolejności "She Kissed Me (It Felt Like A Hit)" jest wirtualnie ponownym opracowaniem "Electricity", jednego z kipiących wymiataczy Ladies, bez wszakże hojnych odcieni organów, fujarki i szaleńczych, niepohamowanych kaskad bębniarskich. Tuż potem "Hold On" i znów trudno odpędzić wrażenie remiksu "Cool Waves". Niestety, brak tu owej podniosłej chmurki uroku "Cool Waves". Wodne, faliste ballady, charakterystyczne dla klasycznego Spiritualized, reprezentuje też "Oh Baby". Cóż poradzić: tym razem przed oczyma staje "All Of My Thoughts". I pewnie problem Pierce'a polega też na tym: cokolwiek nie wymąci, nawiedzi go odniesienie do stworzonej siedem lat temu w używkowym zamroczeniu symfonii życia.

Zatem osadzone, psychodeliczne rocki ("Never Goin' Back", "Cheepster"), eteryczne płonące impresje ("The Power And The Glory"), pieśni niemal-psalmiczne ("Lord Let It Rain On Me" z chórem), naturalne liryczne wprawki ("The Ballad Of Richie Lee"), a nawet cichutkie, jazzopodobne improwizacje ("Rated X") sąsiadują i składają się na solidny, acz niepoukładany, porwany krążek. Właściwie nie należy krytykować Amazing Grace od strony koncepcyjnej. Nie chodzi też o brak żaru, ubogie zaangażowanie lub amatorski materiał. Chodzi tylko o to, że żaden tu fragment nie zawiera zajebistego drive'u, z jakim koleś śpiewał niegdyś "Little Johnny's sad and fucked / First he jumped and then he looked". I żaden nie puentuje *sensu* tak trafnie, jak pierwszy akapit tytułowego z Ladies. Po prostu. Zachowując godną pozycję zasłużonej i wciąż czynnej artystycznie figury brytyjskiego rocka, Pierce odrobinę zdegradował reputację obywatela ekstraklasy, choć nadal nie zapominajmy o szacunku wobec niego; z biegiem lat całościowe dzieło artysty nabiera coraz wyrazistszych kształtów i coraz sugestywniejszej rangi.

Borys Dejnarowicz    
21 marca 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja