RECENZJE

Speed Of Sound In Seawater
Underwater Tell Each Other Secrets (EP)

2011, self-released 7.0

Mamy nowych ludzi w Sacramento. Żegnajcie coraz bledsze niby-Ariele, oto nadchodzi stare-nowe w migotliwej aurze podwodniackiej fiksacji. Okładka ze wszystkich swoich wątłych sił straszy turpistyczną baśnią o emo-zgniłkach, jednak pierwsze dźwięki zmywają jej nieświeżość. Okazuje się, że morskie dziwadła bezkręgowcami nie są, bo opierają się na solidnym, geometrycznie nienagannym szkielecie. Wspomniana ilustracja zaczyna więc rezonować z głębszymi pokładami wyobraźni, poszukującej możliwych odniesień w mrokach obskurnych list przebojów dla klas mat-fiz sprzed dekad. Wyłania się z nich na przykład Hephaestus pięć razy zapomnianych graczy z Iceburn. Z ulgą uwolniwszy się od wizualnych pułapek można udać się na płaszczyznę dyskursywną, dzieląc się ze światem na przykład takim przeświadczeniem, że wyposzczeni na nowych Mausach, coraz częściej wspominający Johna K., idący drogą, na której czekają takie drobne pokusy jak przepłacenie za debiut Part Time o kilka małych punktów mogą wreszcie uczciwie uzupełnić niedobory poddając się terapii tym dynamiczno-łagodnym graniem znikąd.

Poza nazwą kapeli na jej trzeciej EP-ce panuje popowa dobroć wyjątkowo świeża w szczegółach, swoimi nawiązaniami nie załapująca się do kręgu czy raczej w zakres fraktala aktualnej sceny eklektycznego popu. Spójny stylistycznie support mogliby dać Speedzi liderom math-rocka sprzed ładnych paru lat – swoją lekką, ale intensywną gitarową ornamentyką i dość kompleksowymi rytmami świetnie kalibrowaliby słuchaczy przed spotkaniem z twórczością We Versus The Shark. Nie mówiąc o porwaniu fanów Gibbarda, bo skojarzenia z Death Cab też nie są od rzeczy, tylko że tutaj wszystko jest bardziej złożone, by nie użyć oczywistego stwierdzenia, że o wiele lepsze. Podobne pomysły pojawiały się u nas, i to z realizacją na całkiem niezłym poziomie, chociaż nie wyszły poza obiecujące początki. Myślę o bydgoskim Mehico, trochę też o pilskiej Antennie Error.

TSOSIS za to w pełni zrealizowało plan. Imponuje brak przestojów w zajmującym przetwarzaniu math-rockowych patentów w nieco marzycielską, bezpretensjonalną piosenkowość. Ton całości nadaje wysunięty w miksie chłopięcy wokal Verretta, niezmiennie łagodny nawet tam, gdzie wydaje się, że instrumentalnie zaraz będziemy mieli kąsek dla rockmanów. Jednak za niemal każdym razem w takich momentach wstrzemięźliwość zostaje utrzymana. A że Kalifornijczycy przez cały czas zachowali również przytomność w wymyślaniu i doborze motywów, które bez budowania specjalnego napięcia są w stanie utrzymać uwagę odbiorcy, śledzi się to przyjemnie i z wdzięcznością, że nie mieli zbyt wielkich zakusów na przerywanie tej koronkowej roboty prostymi tąpnięciami i podkręcaniem głośności. W zupełności wyrabiają się ze swoimi kameralnymi progresjami.

Więc Speed Of Sound (łoł, długość nazwy i struktura tego skrótu) siedzą naraz gdzieś tak w dwóch wyjątkowo odludnych niszach na terenie kondominium progowo-popowego, a to już jest, przyznacie czy nie, siódemkowość. Cieszę się, że mamy 2011 i mogę nazwać to wydawnictwo moją gitarową relaksacyjną płytą roku bez ironii i jeszcze doda mu to blichtru w sytuacji, kiedy do wyboru w tej kategorii są Sea And Cake i Rangers.

Andrzej Ratajczak    
14 grudnia 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie