RECENZJE

Sparklehorse
Dreamt For Light Years In The Belly Of A Mountain

2006, Astralwerks 5.2

Dawno dawno temu, jeszcze w moich czasach pre-netowych, słuchałem trochę radia, teraz robię to tylko jak ktoś znajomy ma audycję heh. Wtedy było jednak inaczej, skądś trzeba było czerpać muzyczne zajawki i wierzcie lub nie, ale zdarzały się programy, które mogły młodego człowieka zainspirować do poszukiwań nowych dźwięków. Rzadko, bo rzadko, ale się zdarzały. Jedną z takich audycji były dla mnie bez wątpienia dwie godziny Pawła Jóźwickiego w Trójce, zdaje się późną nocą w poniedziałek. Do dzisiaj mam jeszcze parę kaset z nagranymi na nich programami, wtedy po raz pierwszy usłyszałem choćby Notwist, wówczas też zauroczyłem się muzyką Sparklehorse.

To był rok 2001, Linkous wydał właśnie It's A Wonderful Life, album który do dzisiaj pozostaje jednym z moich ulubionych nagranych w ostatnich latach. Płyta bez słabego utworu, bez jednej niepotrzebnej nuty (no może kawałek z Waitsem trochę nie pasował do reszty, ale sam w sobie był spoko), lubiło się takie smęty wtedy, lubiło. Krążek ten na tyle mocno odcisnął na mnie swoje piętno, że kiedy ponad miesiąc temu widziałem Linkousa na żywo żadna z piosenek z tego albumu nie zadowoliła mnie w wersji live, bo zabrzmiały inaczej, bardziej rockowo, a przecież nie zmienia się czegoś, co jest prawie perfekcyjne. Poza tym basistka i wokalistka Paula Jean Brown to nie PJ Harvey, ani tym bardziej Nina Persson, więc takie "Eyepennies" czy "Apple Of Bed" musiały niestety wypaść blado.

Po trasie koncertowej po wydaniu It's A Wonderful Life Linkous, który już wcześniej miał pewne kłopoty, żeby się ogarnąć (jakieś przedawkowanie valium, po którym prawie amputowano mu nogi w 96 roku), pogrążył się ponownie w walce ze swoimi demonami. Jak się walczy ze swoimi demonami do końca nie wiem, w każdym razie Mark z przerwami walczył z nimi do dzisiaj i to właśnie one uniemożliwiały mu nagranie następcy tak chwalonej powyżej przeze mnie płyty. Linkous podobno przez parę lat przychodził do studia i jedynie patrzył na instrumenty przytłoczony strachem po 11 września, widać wrażliwy to człowiek, cóż zrobić. Na szczęście z odrętwienia pomógł mu się wyrwać niejaki Dangermouse: demony zostały pokonane, czego efektem jest płyta o dziwacznym tytule Dreamt For Light Years In The Belly Of A Mountain.

Tak więc mamy nowy album Sparklehorse. Zaraz, zaraz, na pewno taki nowy? Hm, a czy przypadkiem kawałek "Morning Hollow" z Waitsem na pianinie nie jest ukryty pod koniec It's A Wonderful Life? Nie ma się więc co dziwić, że to najlepszy moment "nowej" płyty Linkousa. Z kolei "Ghost In The Sky" mieli okazję już dawno temu poznać Japończycy, bo utwór ten znalazł się na japońskiej wersji poprzedniego albumu. Ha, to nie koniec: nudny długaśny kawałek tytułowy będący closerem Dreamt... to też raczej nic nowego, pod innym tytułem ("Maxine") pojawił się na singlu "Gold Day". Normalnie brakuje tylko "Wish You Were Here", w którym przez telefon udziela się Yorke. Po podliczeniu minut okazuje się, że niemal jedna trzecia tegoroczonego wydawnictwa Sparklehorse miała swoją premierę back in 2001. Ja rozumiem, że walka z demonami to czasochłonne zajęcie i trudno było wygospodarować czas na nagranie nowych rzeczy, ale mimo wszystko trochę to słabe, biorąc pod uwagę fakt, że aż pięć lat trzeba było czekać na ten album.

Załóżmy jednak, że z sentymentu do Linkousa daruję mu tę małą ściemę. Czy reszta albumu usprawiedliwa tak długie czekanie? Z jakiejkolwiek strony by do niego nie podejść odpowiedź może być niestety jedynie negatywna, Mark odgrzewa stare patenty czyniąc to z dużo mniejszym wdziękiem niż na poprzednich wydawnictwach. Znowu mamy przetworzony przez jakieś maszynki głos Linkousa, raz słodki, raz przerażliwie smutny.

Na dłuższą metę ten pomysł jednak nieco drażni, bo koleś potrafi przecież świetnie operować głosem bez potrzeby ukrywania go za dziesiątkami efektów – posłuchajcie "Shade And Honey". Na Dreamt For... ponownie ważna rolę odgrywa damski wokal, tym razem niejakiej Sol Seppy, ale co z tego, skoro nikt nie napisał jej tak znakomitych partii jak Polly czy Ninie pięc lat temu? No dobra, to może produkcja jakaś rewolucyjna? W końcu nie tylko Friedmann (znowu) maczał palce w tych nagraniach, ale także jeden z najbardziej rozchytywanych ostatnio producentów współczesnej muzyki, czyli właśnie Dangermouse (dla Linkousa po prostu Brian, panowie zresztą tak przypadli sobie do gustu, że planują nową kolaborację, ma się nazywać Dangerhorse). To co – może jakieś elektroniczne smaczki czy coś? Jeśli już, to jedynie w kawałku "Mountains", ale to zdecydowanie za mało, żeby ta płyta miała jakikolwiek start do It's A Wonderful Life. Jak się już zdązyliście zorientować ponownie mamy tu całą plejadę gości, oprócz ziomów o których pisałem jest jeszcze Steven Drozd i Joan As Policewoman, miał pojawić się także Fennesz, ale już kilka razy bezskutecznie przeglądałem okładkę w celu odszukania, w którym kawałku się udziela, więc chyba się jednak nie pojawił.

Żeby nie było: biorąc pod uwagę poziom tegorocznych płyt ten album wygląda na ich tle całkiem całkiem, miło i przyjemnie to sobie w backgroundzie przygrywa. Inna kwestia, że po prostu oczekiwania, przynajmniej moje, były duże większe. No ale cóż, "you can't always get what you want" jak wiadomo. Widzimy się za 5 lat przy kolejnym identycznym (tylko gorszym) albumie Sparklehorse.

Tomasz Waśko    
2 listopada 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie