RECENZJE

Sotaisei Riron
Synchroniciteen

2010, Mirai 7.2

RG: Swojego czasu dostałem zadanie wygrzebania "indie z reszty świata", która miałoby zajarać wszystkich wokół. Odkryłem, że we Francji wszystko brzmi jak Interpol (chyba, że nazywa się Phoenix), we Włoszech jeszcze bardziej, a na Bałkanach zdarza się traktować trip-hop jako świeżą niezaoraną sprawę. Niemiecki Porcys grzał sobie umysł muzyką, którą u nas zajada się na stereotypowo studenckich prywatkach, Szwecja dawno już zrobiła się nudna, a Japończyk, którego zaczepiłem, nawet mi nie odpowiedział.

Jasne, że wszystko rozbija się o kwestię intensywniejszego zbadania sprawy i prostego faktu, że prawdopodobnie odbiłem się od pierwszej warstwy L.U.C-ów, Happysadów i Negatywów tamtych krajów, ale i tak uważam, że najbardziej w całej sytuacji spieprzył sprawę Japończyk. Sotaisei Ririon to podobno jeden z czołowych reprezentantów tamtejszej sceny, wymieniany obok Perfume jako główni kozacy w zakładce "nowe i świeże" i z misją ciągłego zmieniania swojej stylistyki. Chiffonism, debiutancka EPka, była bardziej wypełniona typową radością gitar, a już Hi-Fi Anatomia była skupiona na uroczym plumkaniu z fajnymi basami. Synchroniciteen (strasznie ten zespół lubi nawiązywać) to połączenie dobrych stron obu poprzednich wydawnictw, zmieszane z jeszcze większą dawką słodkości Stereolabu, z wokalistką przyjmującą wokalną pozę anime-dziewczynki i kosmicznie dobrymi piosenkami. Kaman, takie sprawy jak "Miss Parallel World", ja się rozpadam z zachwytu nad tym co się dzieje w tej piosence!

Kozackim elementem całości jest też fakt, że brak możliwości ogarnięcia tego co na Synchroniciteen do końca się dzieje. Podobno na tej płycie znajdują się openingi do wymyślonych anime, a w Internecie znalazłem plotki, że wszystko jest wypełnione historyjkami science-fiction. Na poprzedniej płycie Etsuko śpiewała o romansie z mężczyzną ściganym przez strażników czasu z 25 wieku i o dziewczynce porzucającej podbicie świata, bo obiad za bardzo zajmował jej myśli. Mamy do czynienia ze świetną indie popowa płytą-zagadka na parę miesięcy wypytywania znajomych otaku o szczegóły, jaram się!

ŁK: Właśnie usunąłem cały tekst mojej recenzji bo dopiero teraz dotarło do mnie jaka to świetna płyta. Sotaisei Riron brzmią jak Dismemberment Plan ze słodką Japonką na wokalu – polecam zatem wszystkim fanom nieprzewidywalnego popu. Również miłośnikom zespołów XTC, Deerhoof, Muchy, Cardigans, The Sea & Cake bardzo polecam. Polecam.

KB: Marudząc o złym nagłośnieniu na koncercie Kamp!, doszedłem do wniosku, że straszna blaza mnie ogarnęła i w ogóle coraz mniej rzeczy mnie cieszy, a płyt słucham po dwa razy. To był taki prześmiewczy lans na "hipsterskie" zblazowanie, ale faktycznie, poza pojedynczym, odosobnionymi przypadkami, coraz częściej moje reakcje ograniczały się do "fajnie", "spoko", "ciekawa produkcja", "udane eksperymenty", a rzadziej oznaczały "to jest naprawdę super i chcę tego w kółko słuchać", nie zastanawiając się za bardzo, dlaczego właściwie chcę tego słuchać. Indie pop jako gatunek nadawał się do tego drugiego odbioru zwykle dosyć dobrze, bo przede wszystkim zapewniał dobry humor, nie kładąc jednocześnie nacisku na rozbudowane brzmienie, czy wprawianie w imprezowy nastrój. Jego nienachalność, infantylność doprowadzała momentami do lekkich mdłości, ale w jego najlepszej formie, prezentował zwykle to, co sprawia największą przyjemność - kolekcję utworów, które zapewniają ogromną przyjemność, nie powodując przy tym zmęczenia.

Synchroniciteen spełnia swoje zadanie. Różnorodność kolejnych utworów tworzy przyjemną narrację, która ma swoje bardziej emocjonujące, energetyczne fragmenty, w których do głosu dochodzi gitarowość D-Plan, jak i te, które w spokojniejszy, wyrafinowany sposób nadają dopracowanemu produkcyjnie brzmieniu Perfume lekko dream i twee popowy sznyt. Namechecking u góry zresztą wystarcza do zrozumienia wartości. Ja tylko jeszcze podkreślę, jak starannie i czysto Japońce produkują swoje płyty. Już nawet dlatego tej płyty słucha się świetnie, ale najważniejsze, że nie tylko dlatego i nie tylko zimą.

BD: Wyśmienity rok dla Nippopu (w biurowcu Porcys bezustannie na rotacji tracki Perfume, Meg czy Capsule) zgrabnie uzupełnia ta oto manifestacja j-rocka, jak zwykle z laską na wokalu (statystyka wskazuje, że w Japonii faceci są chyba mniej muzykalni – dla mnie tylko lepiej). Coś w tym jest o czym pisze Łukasz: często to skośnookie Synchronicity brzmi jakby w trakcie koncertu Much na scenę weszła Etsuko Yakushimaru, zabrała Michałowi Wiraszce mikrofon i gitarę oznajmiając "teraz ja pośpiewam", a następnie zachęciła pozostałą trójkę "no, gramy panowie, tylko słodko, melodyjnie i nie za ostro". Jedyne zastrzeżenie: zdarzają się przestoje, gdy zaczynam zwracać uwagę na otoczenie, choć nadal jest mi przyjemnie. Jednak zaraz potem wjeżdża kolejny cukierkowy hook. W USA uznają ponoć debiut Girls za "instant classic gitarowego popu". Pamiętam, jak w ogólniaku pani od informatyki mówiła, że Amerykanie wymyślają technologię, a Japończycy ją potem szlifują do maksimum, Zapomniała przewidzieć, że w 2010 dla Amerykanów "gitarowy pop" to będzie Girls (lol) czyli 95% gitarowych smętów i 5% bladego popu, a u Japończyków proporcje będą takie: 40% hiper-rytmicznych, nieomal post-rockowych wyścigów wioślarzy z sekcją + 60% czystego, wiśniowego j-popu. Nie muszę chyba dodawać który przepis wolę.

Kamil Babacz     Łukasz Konatowicz     Ryszard Gawroński     Borys Dejnarowicz    
16 grudnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie