RECENZJE

Sorja Morja
Sorja

2017, Thin Man 7.0

Stanisław Kuczok: Lekki zawód, który towarzyszył mi przy pierwszych odsłuchach długo wyczekiwanego debiutu duetu, nie był spowodowany słabą jakością tego materiału, a poprzeczką, która przez pewien singiel zespołu z 2013 roku, została postawiona na poziomie praktycznie nie do przeskoczenia. Solidnych momentów albumowi odmówić jednak nie można, więc zupełnym nietaktem byłoby rozpatrywanie Sorji jedynie w kontekście braku fragmentów tak fantastycznych jak rzeczony track. Drugich "Stanów" tutaj nie uświadczymy, ale mamy choćby "Australię" z kolejnym już w repertuarze Sorji Morji mini-dissem na rodziców w akompaniamencie krótkich gitarowych wycinanek, mój ulubiony "Sezon" z ciekawie uzupełniającymi się wokalami duetu w refrenie i pojawiającym się znienacka syntezatorowym, arpeggiowym tematem, czy najdłuższy na płycie, zamykający całość, rozpędzony "Śmierć" z gościnnym udziałem Sena Morimoto na saksofonie poprzedzającym rozmarzone outro. Całość nie przekracza 25 minut i można by trochę ponarzekać na tak skromny ilościowo materiał, ale wypełniaczy nie stwierdziłem i właściwie zdecydowanie wolę taki skondensowany strzał, niż kolejne rozwlekłe molochy przysłowiowego Drejka. Zespół praktycznie zupełnie zrezygnował tu ze znerwicowanego synth-popu spod znaku Junior Boys, charakteryzującego ich singlowy pochód sprzed paru lat, zastępując go zestawem oszczędnych, ale piekielnie chwytliwych gitarowych motywików poupychanych w kilkuminutowe numery. Kawałki te nadal mają swój niezaprzeczalny urok, ale w moim odczuciu teksty grupy jakoś pełniej i bardziej sugestywnie wybrzmiewały w jej poprzednim anturażu.

Michał Hantke: Nie powiem o sobie, że szalikowałem poczynaniom Szymona Lechowicza, nasłuchiwałem wieści i czekałem wielce na album Sorji Morji. Owszem, "Nie Myśl O Niczym" wraz z "Tajemniczym Ogrodem" zawładnęły moimi dniami, "Stany" dla odmiany już mniej (o "Nowym Utworze" zaś już zupełnie zapomniałem, a szkoda, bo niesłusznie), no ale przede wszystkim żyłem obok tego, co zauważyłem dopiero niedawno, a mianowicie kultu niewydanej płyty duetu i wygórowanych oczekiwań. "Australia" zbiła mnie z tropu, bo co to tak minimalistycznie? Dopiero gdy ten 23minutowy minialbum wylądował w całości na Spotify, odkryłem Sorję Morję dla siebie. Sorja jest trochę jak Donuts J Dilli – skrojone dla kumatych portfolio talentu i możliwości. W pourywanych, przeskakujących motywach da się wyczuć, że Szymon z Ewą mogliby pisać hity na radiowe rotacje. Riffy napędzające "Młodość", "Sezon" czy "Człowiek-Wilk", ło paaaanie, ciekawe co na to dzisiejszy Jan Bo? A najważniejsza refleksja nt. Sorji to taka, że jest to piguła muzycznej treści w metodycznie zminimalizowanych aranżach – jakby obsesją twórcy było odarcie dzieła z każdego niepotrzebnego dźwięku, następnie dodanie kolejnych w celu szukania tego pierwiastka boskości, po czym znów odejmowanie… i tak w kółko. Wiecie, trochę jak ten Joseph Grand z Dżumy Camusa, cyzelujący do obłędu pierwsze zdanie swojej książki. Tylko, że on strasznie przesadzał. Szymon Lechowicz i Ewa Sadowska z kolei nie chcieli przedobrzyć, tylko znaleźć to niezbędne minimum i nic ponadto. Tak to czuję. Gdyby się to świetnie nie udało, pewnie nie miałbym tej rozkminy. Jedynie Sen Morimoto z Dark Worlds dorzucił swoje solo na saksofonie w "Śmierci" jako ścieżkę emancypującą się z tego porządku. Piękny to zresztą pomysł, by zaprosić go do udziału. Tyle ode mnie.

Artur Kasprzycki: Szymon Lechowicz pisząc teksty stara się korzystać wyłącznie z zestawu wyrazów, które mogłyby pojawić się w Biblii, od dziecka fascynowała go kościelna estetyka i cały patos z tym związany. Oczywiście nie jest to najważniejszy aspekt postrzegania ich twórczości, ale warto mieć to z tyłu głowy, żeby pośrednio zrozumieć, skąd może brać się ta frapująca, podniosła atmosfera piosenek. Sorja to 23 minuty zwiewnych, nieskazitelnych utworów w których próżno szukać wypełniaczy. Jesteśmy mocno spóźnieni z tą recenzją, przeczytałem już kilka tekstów i mimo że chciałem tego uniknąć, muszę być kolejną osobą, która po prostu określi to wydawnictwo mianem "minimalistycznego". Trzeba jednak dodać, że oszczędność w środkach nie równa się prostocie. Na debiut Szymona i Ewy też czekaliśmy bardzo długo, więc wydaje mi się, że układanie tych kompozycji miało różne etapy. Nie było tak, że w pewnym momencie stwierdzali "dobra, tyle starczy, kończymy", tylko najpierw długo hodowali okazałą "roślinę", którą cały czas pielęgnowali, a dopiero na koniec gruntownie usuwali z niej niepotrzebne, obumarłe gałązki, których mogło być sporo, ale to dzięki temu teraz podziwiamy ją w najlepszym wydaniu. A jakie są jej największe zalety? Przede wszystkim "Australia", która ujrzała światło dzienne jako pierwsza, do tego "Sezon", czyli prawdziwy hicik w duchu Damiano CZ. Wielka szkoda, że uznają ten etap za zamknięty rozdział i raczej nie dostaniemy już nowych numerów pod tym szyldem, bo są oni "znudzeni sztywno synth popową estetyką", czego efektem było też odejście od komputera i sięgnięcie po gitary przy tworzeniu nowych numerów Sorji. "Człowiek-Wilk" może wywołać mdłości jedynie, kiedy spróbujemy odtworzyć przepis na tort z teledysku. Wartym odnotowania numerem jest również "Śmierć" z gościnnym udziałem Sena Morimoto. To najstarsza kompozycja na całym albumie, której historia sięga okresu, kiedy ukazał się ich flagowy singiel "Stany", więc mimo braku wielkiej rewolucji w stylu, wprawieni fani mogą poszukać w nim zarówno akcentów "starej" i "nowej" Sorji Morji. Krótki album nie budzi niedosytu, bo jest on niesamowicie bogaty w nieoczywiste rozwiązania songwriterskie, połamane struktury, bardzo dużo się tu dzieje, ale miejmy nadzieję, że na następne wydawnictwo ukaże się wkrótce.

Tomasz Skowyra: Dobra – synth-popowej, STAREJ Sorji i przemiany "nie będziemy dyskutować" (wiadoooomo, też chciałem album w stylu "Stanów" i "Nie Myśl...", ale przecież nie będą narzekał jak nudny, urażony fan), akapit o "szlachetnej oszczędności" też można sobie darować; o niebywałej lekkości też już pisano; o naturalności, szczerości, o krótkim czasie trwania albumu, wiele miejsca recenzenci poświęcili też na omawianie tekstów, szczególnie chętnie cytowano fragmenty "Australii" czy "Śmierci". WSZYSTKO FAJNIE. Ale mimo tych elementów niewątpliwie składających się na oryginalny byt pod nazwą Sorja Morja (zdecydowanie tak, tu nie pomyślicie o chwytach w stylu "polska Metallica", "polskie Built To Spill" czy "polski Sting"), dla mnie najważniejszym pozostaje stricte songwriterski aspekt tego przedsięwzięcia. Nie, serio, przy prawie całej (bo oczywiście są wyjątki) znanej mi, polskiej (piosenkowej oczywiście) muzyce ostatnich lat, debiut Sorji Morji "wygląda" jak zbiegły ze szpitala dla chorych progresji akordów pacjent. Ogarnijcie końcówkę (zwłaszcza) "Młodości" (zwłaszcza od 2:19 – co tu się...), wzór matematyczny "Kubik", opowiadanie dźwiękiem (obłąkane zmiany akordów) historii (jak w pierwszych singlach + pojawia się próba niemal poważkowa na wysokości 1:58) w "Sezonie", doskonałe budowanie napięcia w przejmującym "Echu" (można nawet uronić łzę przy wybuchającym "GŁOOOŚNIEEEEJ"), porażający "Coś Nad Tobą Czuwa" (fascynujące jest to, że coś tak przesterowanego, szorstkiego, rozmontowanego, fragmentarycznego czy dziwnego może być tak chwytliwe) i opracowaną wreszcie "po bożemu" "Śmierć". Sorja to po prostu krótki koncert pełen harmonicznych ABERRACJI, jakich nie znajdziemy w katalogu Pustek, Korteza czy Sorry Boys, którzy przecież też są naturalni, szczerzy i z lekkimi piosenkami (z góry przepraszam za porównania). I moim zdaniem cała AKCJA z Sorją polega na tym, że te ODCHYŁY zostały tak znakomicie zakamuflowane, że nawet niedzielny słuchacz odnajdzie tu cały bukiet emocji, ciepła i dobra (jak miło się zrobiło). A może zadziałały jakieś niewidzialne siły? Nie wiem, wiem za to, że to jeden z najbardziej bliskich mi albumów w tym roku, bo w końcu Szymon i Ewa –

Zrobili ten sos z ekipą bez kitu, zrobili coś z niczego bez kwitu rodziców
Zrobili tu KWIT bez kitu, bez kitu
Szymon Lechowicz obywatel Meksyku, bez kitu
Bez skitu (były), bez kitu, bez klipów (też były), bez śmichów, bez hihów
Bez hitów, bez klipów, bez kitu, bez kitu, bez kwitów
Bez kitu, bez kitu, bez

Sorry Morrissey.

Tool ze Slintem.

Cisza i spokój, mężczyzna nie kocha, pierwszy śnieg, sukces, styl życia, śmierć, uciekaj.

Bardzo rozbudowany system rozważania różnych rzeczy.

W pracy zgasło słońce i udaje nowy dzień,
W ciemnych chmurach grają trąby na twoją cześć...

Idziemy na jagody (na jagody).

Żegnaj, porcyscore. Confusion will be my epitaph.

Chyba najbardziej podstawowym sensem całej tej songwriterskiej zajawki jest udana komunikacja.

Redakcja Porcys    
6 września 2017
BIEŻĄCE
Gang Śródmieście"Discopolka"
KortezMój Dom