RECENZJE

Sore Eros
Second Chants

2009, SHDWPLY 7.0

To był niezwykły dzień w życiu Roberta Robinsona. Ten dobiegający trzydziestki zwykły pracownik poczty któregoś popołudnia wrócił do domu po męczącym dniu w pracy i jamując wraz z kolegami postanowił po raz pierwszy zarejestrować wspólne nagrania. Wszystkiego dokonali kompletnie po amatorsku, korzystając jedynie z wysłużonego peceta Roberta i pomocy kolegi. Bez większych nadziei zaczęli rozsyłać swój materiał do wytwórni muzycznych i jakież musiało być ich zdziwienie kiedy dowiedzieli się, że tym razem się udało…

Sore Eros, czyli po naszemu "Obolały Eros", to świeży projekt muzyczny, w którym główną rolę odgrywa "weteran sceny indie", Robert Robinson. Prawdopodobnie jego nazwisko jeszcze nic Wam nie mówi, ale warto wiedzieć, że przez pewien okres był on członkiem zespołu Ariela Pinka, a i Panda Bear ma mu sporo do zawdzięczenia. Sore Eros istnieje już ponad 10 lat, ale po początkowych próbach wydania albumu (którego, jak można się domyślić, nikt nie chciał wydać) Robinson zawiesił swoje indywidualne marzenia i dołączył do zespołu Pinka. Potem spasował – nie mogąc utrzymać się z grania muzyki zatrudnił się na poczcie, bo jego zdaniem jest to praca pozostawiająca wiele czasu na myślenie o muzyce. Podczas codziennego roznoszenia listów Robert miał mnóstwo czasu na poszerzanie swoich horyzontów. I tak mijały miesiące poprzedzające wydania przełomowego dla losów Robinsona albumu.

Poza perypetiami wymienionymi wyżej nagranie Second Chants ma w sobie jeszcze coś specjalnego. Robinson w wywiadach utrzymuje, że cały materiał na płycie jest totalnie improwizowany i dlatego perspektywa grania koncertów lekko go przeraża, bo… członkowie grupy sami dobrze nie znają tych piosenek. Nagranie tego albumu miało mieć dla lidera charakter bardziej terapeutyczny i, słuchając tych nagrań, nie sposób tego nie odczuć. Nastrój, jaki wytwarzają Sore Eros, najlepiej oddaje porównanie do wczesnych nagrań Aveya z Pandą. Do tego wyczuwalne są inspiracje chociażby klasycznym debiutem Pink Floyd, a można by się pewnie doszukać pierwiastka wspólnego z muzyką Elveruma. To tylko taki wstępny obraz ich muzyki zbudowany po to, by Was do niej zachęcić. Bo tak naprawdę Second Chants to propozycja całkiem nietypowa jak na dzisiejsze czasy.

Pierwsze trzy utwory najpełniej wyrażają wielki potencjał kompozycyjny grupy. "Smile On Your Face" to prawdopodobnie najbardziej wyrazisty kandydat na singla (chociaż nie wiem czy którąkolwiek piosenkę z tego albumu można rozpatrywać w kategorii singlowej), bo to żwawy, melodyjny utwór utrzymany w dość szybkim tempie, przywodzący na myśl klasyków lo-fi indie. Drugi track urzeka nie tylko melancholijnym i prostym przesłaniem "She’s in my head / She’s in my heart", ale przede wszystkim tym quasi-podniosłym, katartycznym finałem, który pojawia się nie wiadomo skąd. "Hey, Look At The Sky!" to z kolei kawałek oparty na powtarzającym się gitarowym motywie, który nagle przeistacza się w kruchą, "poduszkową" wręcz, balladę. Jednak nie tylko o tych trzech piosenkach warto coś wspomnieć. Bezpośrednim hołdem wobec wczesnych nagrań Pink Floyd jest poruszający utwór o wszystko mówiącym tytule "Before Animals". Piękną i spokojną balladą oszczędną w środki wyrazu jest "Lips Like Wine", ale tu przydałaby się mimo wszystko ciut lepsza produkcja, bo niektóre trzaski nieco psują romantyczny nastrój kawałka. Album wieńczą następujące po sobie, delikatne piosenki budzące nieśmiałe skojarzenia z debiutem The Twilight Singers – "Whisper Me" oraz "Go Back, My Love". Na sam deser Robinson i koledzy podają "Tightest Touch", utwór nieco różniący się pozostałych, bo słyszalne w nim są dla odmiany wyraźne inspiracje 80sowym popem. Ale jako zakończenie i swego rodzaju podsumowanie płyty sprawdza się znakomicie.

Oczywiście nie cały album utrzymuje ten wysoki poziom, zdarzają się lekkie kompozycyjne mielizny albo utwory po prostu nudnawe, ale nawet jeśli Sore Eros trochę przynudzają, to są to jak najbardziej szlachetne smęty z klasą. Biorąc pod uwagę, że to ich debiutancki longplay, a całość została nagrana za małe (albo nawet żadne) pieniądze, nie sposób mieć o to do nich jakichkolwiek pretensji. Highlightami z tej płyty można by i tak śmiało obdzielić większość początkujących zespołów grających psychodeliczny pop. Robertowi Robinsonowi i kolegom udało się stworzyć poruszające, niezwykle osobiste dzieło, w którym potrafili zawrzeć mnogą liczbę inspiracji jednocześnie dodając do tego na tyle odpowiednią ilość pierwiastka autorskiego by wywrzeć na słuchaczach pożądane wrażenie. Charakter kompozycji na Second Chants sprawia, że jest to idealny album na ciepłe, wakacyjne noce, dlatego dajcie mu szansę zwłaszcza teraz.

Kacper Bartosiak    
24 lipca 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja