RECENZJE

Sonic Youth
Sonic Nurse

2004, Geffen 6.6

Z Sonic Youth to jest trochę tak, że wybór ulubionego wydawnictwa z pokaźnego dwudziestoletniego dorobku grupy zależy głównie od momentu, w którym pierwszy raz zetknęło się z bandem, i które płyty poznało się w pierwszej kolejności. Ponieważ formacja funkcjonuje wciąż żywotnie, a nawet na stałe zaprasza w swoje stateczne grono młodszego o pół pokolenia Jima O'Rourke'a, nadal zyskuje nowych zwolenników i nastoletnich słuchaczy. Dreszcz emocji i mrowienie w okolicach grzbietu odczuwane przy inicjalnym nadzianiu się na unikatowy styl Sonic Youth wielu, w tym niżej podpisany, mogłoby spokojnie zaliczyć do najwspanialszych, niepowtarzalnych przeżyć dźwiękowych na życiowej drodze. By doznawać takich właśnie "objawień" i "absolutów" fascynowałem się muzyką, zanim jeszcze zacząłem poznawać płyty hurtowo. Ukochany rozdział Sonic wykroiłbym zaczynając od Experimental Jet Set na NYC Ghosts And Flowers kończąc, dlatego najnowsze Murray Street i Sonic Nurse to już dla mnie zaledwie, nie dostarczające wielkich emocji, "stare dobre Sonic Youth"; podobnie jak Washing Machine czy A Thousand Leaves dla ludzi zaznających na bieżąco, pod koniec lat 80-tych rewolucyjnego ducha Daydream Nation.

Trudno znaleźć poważne publikacje podejmujące próbę klasyfikacji stylu grupy. Można się silić na szufladkowanie, ale Sonic Youth za cholerę nie chce już od dłuższego czasu ułatwiać zadania: ni to post-punk, ni to jakiś minimal-hardcore-noise albo niezal-pop-noise (hi hi). A więc, what up. Sonic Nurse praktycznie podejmuje i prowadzi dalej wątki Murray Street, podążając w kierunku być może jeszcze bardziej stonowanych barw, letargicznych repetycji, anestezji, i wicia wątłych quasi-post-rockowych siateczek (chyba pod wpływem O'Rourke'a), wieńczonych nieraz masywnym hałasem. Z tym, że to zderzanie przeciwieństw zdaje się już nieco wymuszone. Ulotniła się gdzieś dawna potęga łomotu, odczuwalna jeszcze na Thousand Leaves czy tytułowym z NYC Ghosts & Flowers i wrażenie autentycznego montażu kontrastów. W 98 roku oszczędna kakofonia poprzedzająca finał "Wild Flower Soul" uderzała do głowy, teraz aformalny gwar konkludujący openera sprawia wrażenie dość przewidywalnego, oczekiwanego epilogu. To jak oglądanie po raz kolejny ulubionego filmu: super, ale pamiętam każdą scenę.

Choć ciśnienie specjalnie nie skacze, jak zwykle obyło się bez wpadek: wszystko idzie równiutko. Kusząc się o wyłapywanie highlightów można wspomnieć o reprezentatywnym dla nowego Sonica "Pattern Recognition": wyjadającym z miejsca zwartym, zjadliwym hookiem, wprawiającym w ruch systematycznie rozplątującą się jak kłębek wełny, zdyscyplinowaną ekskursję w rzeczywistość piosenkowego gitarowego zgiełku. "New Hampshire" absorbuje złożonym interplayem gitarowym na bazie wciągającego bitu. I jeszcze wskazać należy fajne harmonie stale przeobrażającego się, wiejącego napięciem daydreamowym "Paper Cup Exit". Trudno w każdym razie wytknąć słabsze punkty – czysto awangardowe zapędy zostały tradycyjnie przy okazji regularnego wydawnictwa poskromione, zarezerwowane na krążki eksperymentalne. Ciekawym ile jeszcze potrwa dobra passa.

Michał Zagroba    
4 grudnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie