RECENZJE

Sonic Youth
Murray Street

2002, Geffen 7.4

Jestem głęboko przekonany, że liczba genialnych zespołów w historii muzyki rockowej jest bardzo ograniczona. Wiem, nie ma to jak określenie "genialne", którym opisuje się mniej więcej wszystko co jest choć trochę dobre lub śmieszne. Genialny jest zarówno "Paranoid Android", jak i najnowsza piosenka El Dupy. W efekcie obie grupy – Radiohead i El Dupa – są bez mała genialne, ale widok tych dwóch nazw obok siebie każe się zastanowić, czy rzeczywiście ich twórczość można skwitować tym samym słowem. Na mojej prywatnej, bardzo krótkiej liście "genialnych zespołów" z pewnością znalazłoby się miejsce dla Sonic Youth, jak się już co bystrzejsi domyślili. Nie znam wielu grup, które na przestrzeni dwudziestu lat swojego istnienia nie wydały ani jednej przeciętnej płyty (nie mówiąc już o słabych), których prawdziwie twórczy okres nie kończy się po paru przełomowych wydawnictwach.

I nie tylko to. Dyskografię Sonic Youth można wysłać w kosmos, jako prezentację wzoru drogi artystycznej, którą powinien przechodzić zespół muzyczny. Każda kolejna płyta jest jednocześnie logiczną kontynuacją poprzedniej i pozycją wyraźnie różniącą się od wcześniejszego dorobku, inspirującą kolejnych naśladowców. Trzeba jednak zastrzec, że poza przesyłką należałoby niestety pozostawić tegoroczny Murray Street. Nie, nie jest to pierwsza słabsza płyta Nowojorczyków. Nic z tych rzeczy. Po prostu absolutną kulminację dwudziestoletniej działaności Sonic Youth stanowił album NYC Ghosts & Flowers, wprawiający w osłupienie poziomem zgoła nie przystającym do statusu młodych dinozaurów. Tej opinii nie podziela prawie nikt i być może jest to jedna z przyczyn, dla których dziś trzymam w ręku nowy album nowego wcielenia (właśnie, o co chodzi z O'Rourkiem?) Sonic Youth.

Przed wydaniem trudno było sobie wyobrazić jak mogłoby brzmieć Murray Street, żeby ciągłość rozwoju została zachowana. Logiczny follow-up do NYC = Mission Impossible. W każdym razie my mogliśmy spokojnie czekać, a autorzy musieli głowić się nad sensownym wybrnięciem z sytuacji. Jak wiadomo Thurston to nie Cruise i w realnym świecie cuda się nie zdarzają. Gdyby Sonicom się udało, w tej chwili nie pisałbym tych słów tylko uciekał do mojej posiadłości na Arubie słuchać płyty wszechczasów. Zamiast tego otrzymujemy album doskonale plasujący się gdzieś pomiędzy Washing Machine, a Thousand Leaves, sprawiający wrażenie wydanego w 96 roku.

No dobra. Pora spojrzeć prawdzie w oczy: mamy rok 2002, a ta płyta, choć znakomita, nie zaskakuje właściwie niczym. Dosłownie od pierwszych kilku sekund wszystko wiadomo. Tak, Sonic: jednostajne uderzenia w struny, pięknie rozprowadzane motywy, dudniące wejścia basu, rzężące solówki, dysonanse, magicznie współgrający tercet gitar, kakofoniczne i minimalistyczne impresje, podwójne albo potrójne zakończenia, załamujący się głos Moore'a, wokal Kim Gordon. Elementy, z którymi niezmiennie od lat kojarzymy ten zespół, a które mimo wszystko do tej pory zawsze udało się poskładać w coś zupełnie nowego. Tym razem nie, może takie spojrzenie spaczone jest przez wizję końca grupy wraz z NYC (nie ukrywam, że wizję cały czas perfidnie podsycaną przez kolegę redakcyjnego), ale Murray Street do tej pory nie jest w stanie nabrać w moim postrzeganiu jakiejś oddzielnej osobowości, charakteru. Po raz pierwszy mam wrażenie, że ci muzycy spotkali się tylko po to, by nagrać kolejną płytę, a nie z prawdziwej potrzeby ducha, by raz jeszcze stworzyć coś wyjątkowego.

Te słowa zwątpienia kieruje do fellow ziomków czujących podobnie, chociaż mogą one wydawać się trochę dziwne w odniesieniu do albumu, na którym nie mógłbym uczciwie wskazać słabszej minuty. Ale przecież mówiłem, że ci ludzie nie są w stanie stworzyć niczego poniżej normy: oni sa okaleczeni w drugą stronę, po prostu tego nie umieją. Od poruszającego "Empty Page", poprzez nostalgiczne "Karen Revisited", aż po charakterystyczne okrzyki i melodeklamacje Kim w awangardowym "Sympathy For The Strawberry" słuchamy płyty zajebistej. Ale jest to płyta nagrana po dwóch kończących karierę arcydziełach. Z tym nie można się do końca pogodzić.

Jeśli doczytałeś, drogi Czytelniku, do tego miejsca w recenzji, a twoje reakcje wyglądały mniej więcej: "Jaka droga? Jakie NYC? Jakie wybitne? Co on pieprzy? Chcę czytać o tym Murray Street", to nie przejmuj się, należysz do większości. Trudno spotkać osobę podzielając moją i Borysa schizę pod tytułem: "Sonic Youth skończyli się wraz ze schyłkiem millenium", ale taka jest różnica pomiędzy zależną i niezależną opinią. Na tym właśnie polega.

Michał Zagroba    
13 września 2002
BIEŻĄCE
Hockeysmith"Lonely Loving Me"
10 najlepszych płyt 2018